Patrzysz na posty wyszukane dla frazy: dźwięki wozu strażackiego
·
Witajcie, Pisze tu pierwszy raz. Mam nadzieje, ze moje pytania nie wydadza sie banalne. Nie udalo mi sie wypelnic dobrego usenetowego zwyczaju i przeczytac wszystkich wczesniejszych listow z grupy (z ponad 2000 przeczytalem 200 i mam dosyc ;) ). A wiec start: 1. Congregational Church. Wiem co to, ale nie wiem jak sie formalnie nazywaja w Polsce. 2. pitchblende. Wiem, ze to ruda uranu. Czy istnieje jej polska nazwa? 3. Jak ogolnie uzywa sie w j. polskim nazw szczepow (plemion) indianskich? Chodzi mi glownie o Sioux i Cheyenne. 4. badge. Wiem, co to, ale to dalej temat indianski, wiec moze to cos konkretnego. Jedzie Indianin na koniu i 'He wears a badge.' 5. wire recorder. Przyrzad do nagrywania dzwiekow, lata dwudzieste. Ma jakas specjalna nazwe? 6. fetch the engines. To z angielskiej, tradycyjnej piosenki - temat: Wielki Pozar w Londynie. Chodzi o pompy? Wozy strazackie? Moze jeszcze cos innego? 7. mastoid infection. Kontekst podpowiada, ze to schorzenie zwiazane z glowa i wymagajace drobnego zabiegu chirurgicznego. Macie ang.slownik medyczny?
Na razie tyle, jak mnie nie zakrzyczycie, to wkrotce nastepne pytania ;-)
Tomek
|
Witajcie, Pisze tu pierwszy raz. Mam nadzieje, ze moje pytania nie wydadza sie banalne. Nie udalo mi sie wypelnic dobrego usenetowego zwyczaju i przeczytac wszystkich wczesniejszych listow z grupy (z ponad 2000 przeczytalem 200 i mam dosyc ;) ). A wiec start: 1. Congregational Church. Wiem co to, ale nie wiem jak sie formalnie nazywaja w Polsce. 2. pitchblende. Wiem, ze to ruda uranu. Czy istnieje jej polska nazwa? 3. Jak ogolnie uzywa sie w j. polskim nazw szczepow (plemion) indianskich? Chodzi mi glownie o Sioux i Cheyenne.
Większo ć tychże ma od czasu Karola Maya spolszczenia :) np. Siuksowie i Czejeni 4. badge. Wiem, co to, ale to dalej temat indianski, wiec moze to cos konkretnego. Jedzie Indianin na koniu i 'He wears a badge.' 5. wire recorder. Przyrzad do nagrywania dzwiekow, lata dwudzieste. Ma jakas specjalna nazwe?
Drutofon :) Poważnie! 6. fetch the engines. To z angielskiej, tradycyjnej piosenki - temat: Wielki Pozar w Londynie. Chodzi o pompy? Wozy strazackie? Moze jeszcze cos innego?
Fire Engine to straż pożarna, a wiec "zawołajcie straż!" Reszty nie znam.
HTH
|
Rano pojechalismy do Steszewa. Tam zostalismy zaskoczeni zestawieniem skladu. To, ze beda jechac dwa parowozy to wiedzielismy, jednak ze w ukladzie SU45-254 + Pm36-2 + bipa + Pt47-112 juz nie. A ze pociag byl opozniony 5 minut, totez starty ze stacji byly niezle - "na trzy kominy". Rownie efektownie sklad wjechal do Poznania przy wspolnym ryku gwizdawek. Tutaj mala roszadka - Pm36 i Pt47 na sklad (11 wagonow, wszystkie na glanc, tylko dwa ostatnie nieco starsze), a SU45 do szopy. Z ornamentow: Peema miala tylko na czolownicy dwie male flagi "pirackie". W Obornikach Wielkopolskich juz mieli +15. Potem cyknelismy w Rogoznie, Tarnowie Rogozinskim, Budzyniu i Chodziezy. W Pile sklad wjechal przy dzwieku lokalnej orkiestry. Disco polo na maxa...
W peronach okazalo sie, ze dwa wozy strazackie to za malo - petucha ciagle miala pragnienie. No to jeszcze jeden obrot z woda. Na wyjezdzie z Pily (krzyzowka z Ostbahnem) pociag mial juz +30.
My wrocilismy do Poznania (w Ujsciu jechala zdawka do Pily z SM42-480, a w Czarnkowie stal sklad weglarek gotowy do zabrania).
Od Pawla Korcza, ktory nas opuscil w Pile i wsiadl do pirata dowiedzialem, sie ze:
1. W Szczecinku wylaczyli Pt47 - wytopila panewki i zjechala na szope (za Szczecinkiem mieli juz +60, bo peema nie radzila sobie z tym bruttem) 2. W Kolobrzegu w porcie czekal na nich szczecinski clayton.
Pozdrowka,
Remik
|
| Od 1/2 godziny - wozy strazackie, karetki, byc moze policja. | Czy po 23 one musza jezdzic wyjac na caly regulator? Musza, bo tak stanowia przepisy.
| Czy w nocy nie | wystarczy sam sygnal swietlny?
Sam sygnal swietlny nie wystarczy aby pojazd stal sie pojazdem uprzywilejowanym.
Ok, przegapilem ta zmiane przepisow: 38) pojazd uprzywilejowany - pojazd wysyłający sygnały świetlne w postaci niebieskich świateł błyskowych i jednocześnie sygnały dźwiękowe o zmiennym tonie, jadący z włączonymi światłami mijania lub drogowymi; określenie to obejmuje również pojazdy jadące w kolumnie, na której początku i na końcu znajdują się pojazdy uprzywilejowane wysyłające dodatkowo sygnały świetlne w postaci czerwonego światła błyskowego,
Ale co z glośnoscia tych sygnalow dziekowych? Czy faktycznie w wozach nie da sie ustawic innej glosnosci na dzien a innej na noc? Przepisy nie mowia ze poziom dzwieku ma byc taki zeby budzic spiace dzieci w blokach obok, a jedynie ze ma byc jednoczesny sygnal swietlny i dzwiekowy.
I co z tym trabieniem lub zmianą rodzaju syreny przy zblizaniu sie do skrzyzowania? Z czego to wynika bo sie nie doczytalem w przepisach.
|
A Bombardiery w porówaniu do Alsthomowskiego syfa jezdzacego po Warszawie to sa mercedesy przy kamazie...
Zupełnie nie rozumiem, czemu "jentelektualisty" czepnęły sie swego czasu na gazowyborczych łamach własnie Ahlstoma? Że niby przypomina pociąg pancerny? Mnie np. kojarzy się z bipą (wagonem piętrowym PKP - uwaga dla nie-MK ;-)) W efekcie nie bedzie zakupu nowych - i nie wiadomo jak długo jeszcze bedziemy zmuszeni jeżdzic po Wawce bamboszokształtnymi dryndami "marki" 13N pozbawionymi w ogóle ogrzewania, z przewiewnymi drzwiami otwierającymi sie i zamykajacymi z dzwiękiem przypominającym "spiew" światowej sławy polskiej wokalistki jazzowej ;-)), a przy tym wyjącymi podczas jazdy jak wozystrazackie spieszące do pożaru. Chyba wymyślono cos takiego po to, aby dostarczyc argumntów na rzecz całkowitej likwidacji tramwajów. Pozdrawiam Tomek Janiszewski Ps. Oj, chyba dostanie mi się zaraz od fanatyków "najdoskonalszego tramwaju wszechczasów"... ;-(((
|
zgadzam sie z toba, wcale nie jest taki zly ten T3, mi sie podobal, chociaz na poczatku filmu mialem inne wrazenie, ale jak sie rozkrecil to juz bylo git,
mnie pokąsało po nerkach jak Arni założył te okularki w kształcie gwiazdek ... i jak potem łaził i szukał odpowiednich ... było pare takich niezłych numerów .... a jak trzymał się tego haka i wyrżnął w nadjeżdżający wóz strażacki ... ten dzwięk ... doing !! .. heh ... i ten uśmieszek Pani Terminator :D :D ... nie no naprawdę spodziewałem się gorszego filmu ... jeśli ktoś nie ma awersji do Arniego to film może się spodobać ... chociaż ja sam nie zaliczam się do fana klocowatego Arniego ale jednak .... film mi się podobał
|
Gdy wyszedlem z szalety miejskiej potknalem sie i zauwazylem liscik od mnie pokąsało po nerkach jak Arni założył te okularki w kształcie gwiazdek ... i jak potem łaził i szukał odpowiednich ... było pare takich niezłych numerów .... a jak trzymał się tego haka i wyrżnął w nadjeżdżający wóz strażacki ... ten dzwięk ... doing !! .. heh ... i ten uśmieszek Pani Terminator :D :D ... nie no naprawdę spodziewałem się gorszego filmu ... jeśli ktoś nie ma awersji do Arniego to film może się spodobać ... chociaż ja sam nie zaliczam się do fana klocowatego Arniego ale jednak .... film mi się podobał
talk to the hand ! :D
|
Mercedes ktorym jeżdze (jako ratownik medyczny) - karetka reanimacyjno-transportowa noworodkow i dzieci Gornoslaskiego Centrum Zdrowia Dziecka i Matki w Katowicach ma zamontowany sygnal nie elektronczny, ale pneumatyczny - tuby powietrzne - moc muzyczna (ha !!) - 110 Wat. Nas naprawde slychac z daleka.
Szkoda tylko ze takie sygnaly sa rzadkoscia, we Wroclawiu takie ma tylko straz pozarna i 2-3 erki (tak mi sie wydaje) Pozdraiwam Lukasz
Poza tym kazdy producent sygnalow (w Polsce Elfir i Ventulani) w swoim urzadzeniu ma zamontowanych kilka dzwiekow - kilka modulowanych sygnalow i nasi kierowcy widza, ze ten sycgnal jest glosny, ale halasliwe ciezarowki moga go nie slyszec
nawet w osobowkach i czasmai nie slychac, mieszkam na osiedlu willowym kawalek od centrum, i syreny wozow strazackich karetek czy policji slysze przy otwartym oknie nawet z odleglosci 2km. Ale w centrym miasta gdzie ruch jest znacznie wiekszy a zarazem i halas sa one zagluszane. Pozdrawiam Lukasz
|
Witam!
Potrzebuje rozwiązania zadania i jakiś mały opis jak zostało rozwiązane.
Syrena wozu strażackiego wydaje dźwięk o częstotliwości 10000 Hz. Z jaką szybkością oddala się wóz od ludzi stojących na przystanku, jeżeli dochodzi do nich dźwięk o częstotliwości 9300Hz
|
Witam, mam do rozwiązania na jutro zadanie i zbytnio nie wiem jak mam do niego się za brać. Bardzo prosiłabym o pomoc, z góry dziękuję.
Syrena wozu strażackiego wydaje dźwięk o częstotliwości 10000Hz. Z jaką szybkością oddala się wóz od ludzi stojących na przystanku, jeżeli dochodzi do nich dźwięk o częstotliwości 9300Hz?
|
Do niecodziennego zdarzenia doszło w Warszawie dnia wczorajszego. Dyżurni Państwowej Straży Pożarnej odebrali szereg zgłoszeń o eksplozji w jednym z mieszkań. Błyskawicznie wysłano na miejsce zgłoszenia dwa wozy strażackie. Szybka interwencja szybko wyjaśniła problem. Rzecznik PSP w Warszawie: "Po wejściu do mieszkania strażacy nie zauważyli żadnych zniszczeń. Przy komputerze siedział sprawca zdarzenia, Łukasz S. vel Dro77naR. Szybko wyjaśnił, że coś mu się źle wyświetlało na forum, dlatego też błyskawicznie wyczyścił cache swojej Opery i ten błysk, któremu towarzyszył grzmot - przekroczył prędkość dźwięku - dostrzegli zgłaszający". Ministerstwo Transportu i Budownictwa zainteresowało się zdarzeniem. "Pan Minister poprosił nas o opracowanie zagadnień ewentualnej akcji o nazwie kodowej "Nie czyść cache błyskawicznie", która pomogłaby wyeliminować problem - poinformowała na konferencji prasowej szefowa Birua Informacji i Promocji przy Ministerstwie, Hildegarda Rapetka.
|
Młoda, to, że bohaterka pali nie znaczy, że jej forumowy odpowiednik też pali Aniołek, nieźle kombinujesz... nie potwierdzam i nie zaprzeczam
chciałbym jednak zaznaczyć, że kolor czarny nie dlatego, że ta osoba go lubi...ale no wiadomo...czerń to konspiracja, tajemniczość...itp...pasuje jak nic do tajnej organizacji
dobra ... nie trzymam was dłużej w niepewności następny fragment:
Kwadrans przed pierwszą Paschalisa obudziły hałasy dobiegające z zewnątrz. Były to dźwięki syren alarmowych. Zakonnik wstał czym prędzej z łóżka i podszedł do okna. Zobaczył w oddali wielką łunę ognia. W miejsce pożaru jechały kolejne wozy strażackie. -Ciekawe co się tam wydarzyło? - spytał sam siebie. Był pewien - nie zmruży już oka. Jego myśli będą teraz ciągle krążyć wokół tego wydarzenia. Intuicja podpowiadała mu, że pożar nie jest dziełem przypadku, ale ma powiązania z innymi wydarzeniami, jakie miały ostatnio miejsce w miasteczku. Zamknięcie fundacji, śmierć Aniołka i teraz ten pożar. Nie było wątpliwości. Stoi za tym mafia. Pozostało tylko pytanie kto konkretnie.... i...dlaczego...????
|
11 wrzesień 2006 (odc.3x26) Hałas, krzyki, syreny wozów strażackich i policyjnych. Wszystkie te dźwięk, były jak szepty w porównaniu z hukiem i wstrząsem jaki przetoczył się przez okolicę i wszędzie unosił się popiół. Głupi policjant zakuł go i postawił pod ścianą, niby dlaczego, dlatego bo chciał dostać się do Alice, bo chciał jej pomóc. Służby porządkowe zablokowały całą przecznicę i nikt tam się nie mógł dostać. Frank obserwował cały ten dramat na żywo, wciąż nie wierząc, że to dzieje się naprawdę. Zrozpaczony, niezdolny wyksztusić z siebie słowa przycupnął pod ścianą i gorzko zapłakał. Łzy strugami płynęły po jego twarzy i upadały na szary od popiołu chodnik. Tam gdzie upadły odsłoniły od wszechobecnego koloru różowy sznurek. Niepewnym ruchem Frank podniósł sznurek na którego końcu znajdował się krzyżyk, ten sam który ubierała dziś Alice. Lekko ścisnął go w dłoni, zamknął oczy i przytulił go do serca najmocniej jak tylko pozwalały mu na to kajdanki. To był jego mały, niemy dramat.
|
Panowie strażacy cicho wykonywali swoją pracę  my też "prawie" byśmy niezauważli, ale moją uwagę zwróciło to charakterystyczne burczenie silnika wozu strażackiego...taki znajomy dźwięk  w poprzednim miejscu zamieszkania mieliśmy w sąsiednim budynku takiego sąsiada, który z kumplami, przy flaszce denaturatu lubił wytapiać kable miedziane, by potem parę groszy w skupie zarobić. Więc tak w odstępach mniej więcej dwumiesięcznych naszych uszu dobiegało to burczenie silnika pod oknami, a teraz w niedzielę...niemal deja vu, hehe
|
Prawda jest taka, że podróżowałem po zamorskich krainach, dlatego mnie trochę nie było. Ale opowieści z moich przygód zachowam na czas kiedy lód skuje rzeki, a szklanica krzepkiej październikówki będzie smakować najwyborniej, przy dźwiękach trzasku ognia w kominie i syrenach strażackich wozów.
|
Duży Fiat i jego właściciel to jakaś radosna twórczość , kogut na galeryjce wzięty z wozu strazackiego albo karetki- Nysy z lat 60-tych,podobnie sygnał "syreny" to dźwięk pogotowia albo straży , masakra , czy w Fiatach w tamtym czasie były przegrody dla osób siedzących z tyłu ? , sobie nie przypominam takich "luksusów". Generalnie dno. Natomiast porucznik Borewicz jak zwykle cool.
|
Recenzja gry Fire Departament 3: Gra Fire Departament 3 została wyprodukowana już w 2006 roku lecz bardzo popularna nie była. W przypadku Fire Departament 3 poprzednie wersje było o niebo gorsze! W grze mamy do dyspozycji cały szereg wozów strażackich i ludzi do każdej sytuacji np. pali się hala trzeba gasić wodą, pali się benzyna trzeba gasić pianą itp. Gra jest bardzo ciekawa lecz krótka bo tylko 13 misji. Grafikę ma niezłą efekty 3D,wybuchy, ogień itp. Z muzyką jest dobra gdy pali się ogień słychać palącą się podłogę albo wybuchy. Ogólnie sterujemy myszka gra wygląda realistycznie.
Premiera na świecie: sobota, 29 kwietnia 2006 Premiera w Polsce:2006 Tryb gry: Single / Multiplayer Producent: Monte Cristo Wymagania sprzętowe: Windows ME/2000/XP Pentium IV/Athlon 1.5 GHz; 256 MB RAM; karta graficzna z systemem Pixel/Vertex Shader (GeForce3, Radeon 8000).
Grafika: 7.0/10 Dźwięk: 6.5/10 Grywalność: 8.5/10 Średnia ocena gry: 7.5
UWAGA: Gra wciąga gdy chce się przejść następny poziom! Mam tą grę i jest fajna zalecam kupcie sobie.
PS. Ja pisałem najpierw na kompie.
|
Reguły , hmm dobre ale zastanawiam sie czy wszyscy je przestrzegtają !! Napewno nie zawsze i nie w Bytomiu
Gdy za dzwoni alarm , strażacy zbiegają na boxy ten kto pierwszy otwiera bramy następnie ładuje sie do auta odrazu , kiedyś nawet widziałem że wszyscy wsiedli do jelcza oprócz dowódcy , kierowca wyjechał z boksu , nawet sobie auto juz wykierował w strone jazdy po czym po chwili dobiegł dowódca wsiadł i odjechali !!
Albo kidyś pamietam sytułacje w czas obchodów dnia strażaka , na przeciw JRG jest szkoła , na ta okazje zawsze strażacy wypozyczają stoliki z tej szkołły , no i już po zakończeniu imprezy strażacy zaczeli odnośić te stoły W tym czasie nieoczekiwany dzwięk alarmujący o wyjeździe , pamietam wtedy odjechał GBA , ludzie sie zbiegają biora ubrania wskakują do pojazdu kierowca odpala , mają jechac ale jak , jak jeden człowiek z roty jest w budynku szkoły to wybiegają inni i wołają goscia który jest we szkole , za chwile wyskakuje i raz przez barjerki drugi raz , nawet już mu ubranie musieli przynieść , mineło ok. 2 i pół minuty od alarmu odkad wóz oddalił się ze strażackiej
Hehe fajne historyjki nie ???
A powiedzcie mi jak to może być kiedyś zadzwonił alarm ładnie wszyscy woczyli do wozu , wyjechał GBA z JRG poczym na dole ulicy się zatrzymał i wycofał i powrucił do boksu. ps. Bramowy oczywiście brame zamknoł
Pozdro
|
No dzięki wam za cenne uwagi. Będzie to z 1 kamery (VX), którą będę zamiatał od lewej do prawej. Stąd moje zainteresowanie szerokokątnym aby objąć więcej boiska tyle, że wtedy nie będzie chyba zbyt wiele widać z uwagi na małe rozmiary ale za to widać będzie lepiej rozstawienie zawodników. O dźwięk za bardzo nie dbam bo do TV to nie idzie. Prezes wpadł na popmysł aby pokazać im ich błędy. Co do tych pancerzy i kasków to myślę, że obędzie się. To prawioe jak a-klasa a tu przychodzą pasjonaci a nie "zawodowcy" z pałami (tak sądzę) , no i za dużo to chyba tych kibiców nioe będzie. Myślę, że statyw, kamerka, ATR-55 i dobra bateia powinny wystarczyć (ewent ta nasadka) No i chyba duży parasol na wszelkio wypadek. AdamCCS
Adam Krece takie mecze od kilku lat. Po wielu doswiadczeniach robie to tak: Rusztowanie budowlane - 3 poziomy, na drugim klade deski podlogi tak by najwyzsze ramki sluzyly za "porecze bezpieczenstwa". (u mnie trubuny sa troche "na gorce" wiec jesli bedziesz mial plasko to 4 poziomy rusztowania) Stawiam to na srodku - na przedluzeniu linii srodkowej w odlwglosci od linii bocznej jakies 10 metrow. Jesli bedziesz krecil z poziomu publiki a nie z rusztowania, podwyzszenia to 1. jakis pajac zawsze wlezie ci w kadr - ja zaczalem uzywac rusztowania od meczu w ktorym prezes klubu w sytuacjach bramkowych wlazil przed kamere i nie nagralem bramek - za co pozniej kibice opierd....prezesa :-) (ladnie sie nagral :-) 2. jesli nie bdziesz krecil z podwyzszenia to bedziesz mial plaski plan - pilkarze beda sie nawzajem zaslaniali i trudno bedzie analizowac sytuacje na boisku 2. pewnien wyprobowany trik: na meczu zawsze jest straz pozarna - mozna z nimi pogadac by podjechali i krecic z dachu wozu strazackiego - za co dziekujemy strazakom plyta z meczu :-) (o ile strazacy sa lokalni - ale tak zwykle jest) Nie musisz miec dwoch kamer - publike skrecisz podczas przerwy w meczu :-) Nie musisz miec szerokokatnego obiektywu - standard wystarczy Nie musisz miec dodatkowego mikrofonu - ja nie stosuje (chyba, ze mam swojego komentatora to wtedy on dostaje jedna sciezke z mikrofonem Musisz krecic ze statywu - ale to oczywiste.... Zblizenia bedziesz robil _tylko_ wtedy gdy ktorys zawodnik zostanie sfaulowany i bedzie lezal i kwiczal - wtedy zblizenia - albo tez gdy nie ma akcji na boisku - zmiana zawodnikow, faule, rzuty karne, rozne itp. W sumie robota, nie liczac rozstawiania rusztowan - dosyc latwa i przyjemna...
pozdro rympal
|
Z szumu ulicznego ruchu poczęły dochodzić jakieś niepokojące dźwięki. Wyraźne krzyki na ulicy, potem dołączyły do tego syreny wozów strażackich. Po wyjrzeniu przez okno obaj dostrzegają słup dymu unoszący się z rejonu uniwersytetu Arkham.
|
Osobiscie sprawdzilem wszystkie zaciski bo wiadomo jak to jest we warsztatach. Ktos zawola i mozna czegos nie dokrecic.
Jechalem z Lodzi byl wypadek wiec sie zatrzymalem i poszedlem zobaczyc co sie stalo, wracam a tam kaluza pod autem kolo zalane plynem i kaluza na wysokosci cos tak pompy wodnej. Uzupelnilem braki bo zawsze mam przy sobie plyn - (kiedys padl mi silnik z powodu braku plynu wiec teraz zawsze mam przy sobie ) Weszlo ok 0,5 litra. No ale patrze i nic nie cieknie . Hmm JEsli raz cos wylecial to dalej powinno leciec No chyba , ze pompa dzila na jakis dziwnych zasadach o ktorych nie mam pojecia !
Dwa, Odkrece korek na zimnym nie odpalanym aucie uzupelnie brak i na moich oczach widze jak plyn znika moge woz strazacki zamowic i lac do wieczora i zawswze bedzie malo Sytuacja sie zmienia kiedy auto nagrzewam temperatura na maxa i dolewam wtedy ma przy dobrej tem dosyc i to wystarczalo na jkis czas ale od przedwczoraj to plyn znika w takich ilosciach , ze szkoda gadac !
Trzy to zauwazylem, ze nigdy auto nie zaciagalo plynu ze zbiornika wyrownawczego, od kiedy mam to auto nic tam nie wlewalem , bo zawsze jest ok Hmm przeciez jesli plyn mi ucieka to powinnien pobierac ze zbiornika? Chyba , ze to znowu dzila na jakis zasadach o ktorych nie mam pojecia wiec prosze o pomoc .
Zauwazylem, ze wskaznik temperatury na liczniku rano zawsze jest w takim mieejscu jak nagrzany , dopiero po wlaczeniu zaplonu spada na dol, czy tak mam byc Bo jeszcze tego brakowaloby aby nie pokazal mi ze temperatura jest za wysoka
płynu w oleju nie ma i odwrotnie wiec...
Narazie nic nie tykam , choc daleko jechac nie moge bo plyn znika wiec prosze o pomoc bo wydac tysiace jest prosto nie na to co trzeba ! I ten dzwiek cos w stylu lania wody na kolektor , jak moj silnik chodzil jak elektryczny bo kiedys tak bylo wyczytalem ze trzeba polac na kolektor szklanke wody jesli bedzie jak traktor chodzil tzn , ze mamy uszczelke pod kolektorem do wymiany i tak zrobilem wymienilem i bylo ok Wiec tyen tes dziala!
|
No można. Moze opiszę dokładniej jak to wszytko działa.
Remizy strażackie
Przed nią stoi taki stojak z jakimiś kabelkami itp. Podobny do tego urządzonka z misji z wyburzaniem budynku. jest to tak jagby pojazd, nie mogący się poruszać, ale ma ważną funkcję. Gdy się go użyje nad remizą znika dach. Gdzieś w remizie jest drugie takie uządzonko, które ma inne funkcje. Można tam wybrać wezwanie 10 strazaków, lub chyba 20 nieubranych. Gdy już mamy strażaków, mozna im kazać się przebrać. Do wyboru jest kilka ubranek: zwykły strażak, strażak z maską, abc, nurek, sanitarjusze(tu żey zrobić pare odziwo wystarczy 1 strażak), lekarz, który musi jesczze pobrać torbę lekarską z samochodu. W remizie nr1 są po 2 wozy techniczne i gasnicze, 1 drabina, 1 osobówka dla tego strażaka w remizie i jedna dla innych, 3 karetki i jakiś dziwny sprzętowy. W remize nr2 są: 1 wóz technczny, 1 gaśniczy, 2 karetki i jedna osobówka.
Policja
W policji jest podobnie, tyle że nie ma przebieralni i pokazywania wnętrza budynku. Koło drzwi policji jest taki bajer jak w remizie. Mozna wezwać tam 6 policjantów, bądź drużynę swat (4 strzelców). Policjantem można otworzyć bramę wyjazdową/wjazdową.
gdy złapaliśmy podejrzaneko nie wsadzamy go dosamochodu policji, który odsyłamy z mapy, tylko przewozimy na posterunek policji, przed budynek na którym stoi helikopter. Policjantem bierzemy podejrzanego i "wkładamy" go do budynku policji (jest ospowiednia funkcjia).
W obbu przypadkach, tzn remizy i policji mamy możliwość wycofania aszych ludzi do budynku. Trzeba ich ustawić w miejsce gdzie staneli po wezwaniu i tym bajerkiem, którym wzywaliśmy ich dać opcję z domkiem.
Szpital Tu jest nieco inaczej, tzn gdy mamy rannego przysyłamy go karetką do szpitala, a nie poza teren mapy. Sanitariusze mają opcję podobną jak policjanci, tyle że oni oddają rannego do szpitala.
Na dachu szpitala stoi helikopter. Jest baardzo przydatny. Stoi koło niego para sanitariuszy i lekarz. Można odrazu ich wsadzić do helikoptera. Gdy są potrzebni na jakimś odludziu np fabrykoport na południowym zachodzie mapy można go wysłać. Gdy chcemy odesłać go do szpitala, używamy jego funkcji fly to hospital. Helikopter leci do szpitala, jak doleci wysadzamy sanitariuszy i rannego do szpitala.
Wszytkie pojazdy stojące na mapie mają funkcję powrotu do bazy. Można ich używać, ale pojazdy nie będą wydawać dźwięku syren.
|
Dziekujemy z Maja za gratulacje:-)
Oto krotka relacja z naszej przygody z wystawa w Jaroslawiu: 1. wsiadamy w pociag, przed nami 6,5h podrozy, jedna ze wspolpasazerek najpierw robi zdjecia Mai, pozniej ja robie zdjecia Pani z Maja;-) 2. w Jaroslawiu, nie tak jak w Poznaniu, nie ma najmniejszego problemu aby pojechac taksowka z psem, panowie wrecz sie spierali, ktory ma z Majka jechac, 4. odsypiamy podroz, 5. spokojnie, krotko po godzinie 8.00 docieramy na wystawe, 6. widzimy dwa ringi na zewnatrz, odrazu je omijamy, bo przeciez z pewnoscia nie bedziemy sie na nich pokazywac, 7. odbieramy katalog i... dowiadujemy sie, ze jednak bedziemy... ze jednak bedziemy pokazywac sie na dworku wsrod mikro i makro kaluz, 8. kto nam sasiaduje na drugim obok naszego ringu? nie tylko woz strazacki ale i ON, 9. Maja przez chwile chciala sie z ON pokazac, bo przeciez tam tyle zabawek i dziwnych dzwiekow..., 10. przygotowujemy sie dzielnie do wejscia na ring, hala straszna!!!, tak wiec zajmujemy miejsce w korytarzu, towarzysza nam PONy, serdecznie dziekujemy za towarzystwo Wlasciecielom PONow, dzielnie kibicowali Majce, 11. na ring 1 wchodzimy z nr 1 (sedziowanie rozpoczelo sie 10min. pozniej, tuz po jego rozpoczeciu zostalo przerwane na jakies 5min. - Pan Krol na jednym ringu sedziowal na innym przeprowadzane byly jakies egzaminy), schodzimy rowniez z nr 1, jedyna roznica to taka, ze wchodzilysmy czysciutkie i suchutkie a zeszlysmy brudne i mokre;-) 12. na BISy nie zostajemy, 13. jedziemy do Krakowa, tam milo spedzamy czas z Arwi i Hipo, dziekujemy Ola, ze chcialo Ci sie na nas czekac, 14. wracamy do Warszawy, kochana Tigunia...
*od godz. 16.00 w sb. do 21.30 w ndz., przejechalysmy ponad 820km, zajelo nam to blisko 15h;-), dobrze, ze Maja lubi jezdzic pociagami...
Zdjec niestety brak, to znaczy zdjec z ringu, wstawie pozniej zdjecia z pociagu, chociaz tyle;-)
|
Kefir: Nie wszystko się udało, po pierwsze nie jesteś skrzydlaty i nie mogłeś wraz ze sługami przelecieć nad ogniem. Po drugie dźwięk nie niszczy promieni z fazera, a tylko je trochę rozprasza. Zostałeś trafiony, na szczęście nie zdezintegrowany, przewróciłeś się i otrzymałeś trochę obrażeń. 10 z twoich przemieniło się w Gorejące Zwłoki. Niestety nie dostałeś zbroi, bo nigdzie nie ma otwartych Infernalnych Wrót do Avernus (potrzeba do tego mocy Infernalista level 4 - możesz otworzyć "Infernalne Wrota do Avernus"). I nie masz ani jednej mocy mutacyjnej, więc może to był błąd wybranie tego mutagenu? W każdym razie chciałeś zaatakować najbliższą grupę. <niżej>
Kervyn: Dotarłeś do południowo zachodniego bloku i przejąłeś go prawie całkowicie. Zyskałeś 50 sług i 5 poziomów, na samej górze są jednak jedne zamknięte drzwi za którymi może się ukrywać jakiś człowiek. Możesz też nie tracić czasu i przejąć kolejny blok zanim będzie za późno.
Flash: Dźwięk rozwalił twój wóz strażacki, na szczęście wybuch przyciągnął grupkę ludzi. Z południa widzisz jak nadjeżdżają wozy policyjne. Może powinieneś się zaczaić? Do Kefira nie dojdziesz ogień już zasłonił wszystko, nawet nie trafisz z fazera. Twoje strażakoauto kompletnie blokuje drogę między parkiem a tesco (razem z różnego rodzaju zgliszczami). Zyskujesz 2 poziomy.
Bałfan: Nie wszystko było tak jak chciałeś. Twoje pociski trafiły w latające sługi Kanistra. To był napalm. Zawiał wiatr tak, że ogień spadł na północne bloki, ktoś zapomniał zakręcić gaz i jak pierdolnęło... Wycofałeś się (a raczej zostałeś zdmuchnięty) na północny kraniec planszy, jesteś teraz przy hali sportowej. Niektórzy z twoich zginęli... na szczęście Kanister też wiele stracił na tym. Widzisz na południu Flasha, masz szansę wystrzelić w niego jeden pocisk zanim się zorientuje o co chodzi, jego siły są rozproszone, wszędzie są wraki samochodów.
Kanister: Uwzięli się... najpierw pociski z napalmem przypaliły ci mnóstwo sług. Potem wybuch zasłonił pole do kontrataku i na koniec część twoich sił została zgnieciona przez Kefira (głównie atak Pajęczaków, które wspinając się na bloki zaskakiwały twoich w powietrzu). Jeśli chcesz możesz teraz uderzyć na Kefira... lub przejąć więcej bloków. W każdym razie ten największy blok już zacząłeś przejmować. Zyskałeś z dwóch górnych poziomów 18 zwykłych sług. Zyskujesz dwa poziomy.
Kefir: Twoje pajęczaki dopadły siły Kanistra, w tym momencie skaczą i niszczą ich, same niestety też zostają niszczone.
Kefir: Poziom: 26 Żywotność: 21/31 Ekwipunek: Ilość sług: 217 - 2*Budowniczy - BrońBiała2 - Młot - 5*Woźna - Broń Biała 2 - Gazrurki - 10*Zatruty - Trucizna1 - 10*Bejsbolista - BrońBiała3, sz2, s2 - Maczuga - 10*Gorejące Zwłoki - nieustannie płoną, ich ogień może przepalać metal (przy zetknięciu z wodą giną) + 12*Pajęczy Szkielet - Szybkość2, Żw1, Zadaje 2 obr; nie może przejmować ludzi + Żywiołak Ognia - Pyrosum5, Pyrochron5, Pyromanta3 (nie może nic przywoływać, woda zadaje mu obrażenia) Kanister: Poziom: 27 Żywotność: 32 Ekwipunek: Mutagen: - Trucizna2 - Radioaktywność3 - Kret1 - Skrzydła4 Ilość sług: 120/220 - Kierowca - Kierowanie4 - 2*Hot-Dog - Kamikaze1, Szybkość6 - obwieszeni dynamitem Kervyn: Poziom: 14 Żywotność: 19 Ekwipunek: Ilość sług: 70/90 - Miniguner - s3, Strzelanie(b.p.)5 - Minigun (150 naboi) - 2*HydroMax - Woda4 - 5*Kopiący Pomiot - Trucizna5, Kopanie5 + Golem z Mięsa - żw3, s5 [gdy zginie ten który go przywołał dostaje Obrażenie:2] Bałfan: Poziom: 6 Żywotność: 2/11 Ekwipunek: Ilość sług: 7/19 - 4*Płonący - Pyrochron3 - Bombardier Napalmu - Strzelanie(b.r.)5, żw10 - Moździerz + po 10 pocisków z napalmem - 2*Paszczak - żw5, Paszcza:Ogień (jest w mutacyjnych; oni mają bez wym. mocy) Flash: Poziom: 7 Żywotność: 11/12 Ekwipunek: - 5*Dynamit - Granat odłamkowy - 3*Fiolka z trucizną - Federacyjny Fazer Ilość sług: 18/20 - 3*Strażak - BrońBiała4, Woda3 - Topór - Alien Shooter - Strzelanie(b.p.)5, Strzelanie (b.h-t.), żw5 - Pistolet (32 naboje)
|
U mnie za oknem od półtora roku trwa budowa, a właściwie trzy - buduje się galeria Malta, przebudowuje ul. Baraniaka i buduje centrum biurowe. Przeważnie pracują 24h na dobę, dzięki Bogu oprócz niedziel i świąt. Hałas jest taki, że często nie mam szczęścia dosłyszeć nawet najgłośniejszego przelotu efów. Dodatkowym urokiem tych budów są pomocowane na dźwigach halogeny umożliwiające pracę nocą. Świecą mi prosto w okna, jest przynajmniej jakaś oszczędność prądu, po zmroku nie muszę zapalać światła. Gorzej, jeśli ktoś nie lubi gdy mu we śnie świecą prosto w oczy. Wczoraj wieczorem mieliśmy pożar na Polance, przynajmniej 7 wozów strażackich, nie licząc rozlicznych policji i pogotowia. Liczyłem na to, że uda się spokojnie obejrzeć film. Nic z tego. W każdym razie nie przy otwartych oknach. Dodam, że wieczorne pożary to jakaś wyjątkowa przypadłość mojej okolicy. W ostatnim czasie kilka razy w środku nocy mieliśmy gaszenie płonących pstryczków elektrycznych na klatkach schodowych i płonące komórki lokatorskie. Jakieś człekokształtne małpoludy, wydobywające z siebie jedynie dźwięki typu "yyyyyy, kuwa... tej" zaznaczając swoje terytorium podpalają co się da, co oczywiście świadczy o ich ewolucyjnym postępie względem zwierząt, które oznaczają swoje terytorium w inny sposób. Latem ta wesoła człekokształtna młodzież drze się nocami w niebogłosy, co również umila senny błogostan. Pośród szerokiej gamy dźwięków z jakimi przychodzi żyć w mieście znajduje jeszcze częste wycie psa sąsiadów. Musi sie bestia wygadać gdy nikogo nie ma w domu.
Dlaczego o tym pisze? Otóż by pokazać, że hałas w mieście jest rzeczą NORMALNĄ, czy sie to komu podoba czy nie. Poza tym hałas hałasowi nie równy i pośród róznych uciążliwości dla ludzkiego ucha najgorszą jest ta, gdy hałas, nawet nienajwiekszy, jest permanentny. Taki hałas generuje miasto. Przelot raz, bardzo żadko dwa razy, dziennie samolotów nie wnosi tu nic nowego. Reagujemy, bo są czymś nowym, dla gawiedzi czerpiacej wiedzę o świecie z tabloidów są tym sprzętem który się ciągle psuje i niszczy życie nieszczęśliwych marlewian a może i reszty poznaniaków. Nie reagujemy już na skrzypiący tramwaj, ryczące tiry w centrum miasta i cały ten zgiełk. Odniosę się jeszcze do dramatycznego przykładu Xlema z sali operacyjnej. Tak się składa, że od kilku miesięcy mam u siebie chorą ciocie, często też przebywa w szpitalu na Szamarzewskiego. Okna jej sali wychodzą na Przybyszewskiego. Nigdy nie słyszała tam efa, na samoloty podchodzące na Ławicę też jakoś nie udaje jej się załapać, za to mówi, że już od okolic 5 rano żyć się nie da przez tramwaje i tiry walące przez Przybyszewskiego. Dziwi się bardzo, że nikt jeszcze nic z tym nie zrobił...
Dlatego proponuję, dajmy spokojnie latać chłopakom i nie dokładajmy im od siebie, bo wyjdzie na to, że dajemy się wodzić za nos pismakom którzy starają się urabiać opinię publiczną.
|
Wyprawa do Wrocławia udana. Mam nawet niespodziewane dobre wieści. Otóż na razie leczenia nie będzie. Po konsultacji stwierdzono, że u niemowląt do końca nie wiadomo jak się sprawa rozwinie. Pobrano krew na hormony i za 2 tygodnie dowiemy się jak wyniki, ale najprawdopodobniej przed ukończeniem roku leczenia nie będzie. Mówią, że decyzja o podjęciu leczenia nie jest łatwa ponieważ gdy już się zacznie trzeba kontynuować prze jakieś 12 lat, a przerwać nie można bo hormony by całkiem oszalały. Tak więc czekamy i mamy wielką nadzieję, że skończy się na obserwacji i zastrzyki nie będą potrzebne. Wzrost mierzony przy ścianie (mój mały wielki synek stał sam trzymany przez mamusię ) 73cm, waga w pełnym ubraniu 9,9kg. Tak więc już dużo nie przybiera bo równo półtora miesiąca temu na golaska, ale w pampersie ważył 9,5kg. Chyba pójdę do przychodni go zważyć bo na naszej wadze w ubraniu wyszło 9,6kg, a ciekawa jestem jak będzie na wadze, na której zawsze był ważony.
Agula łóżeczko już dawno mamy na średnim poziomie bo miałam stracha, że Emil usiądzie jak mnie nie będzie i wypadnie. A niedługo trzeba na sam dół dać bo już zaczyna klękać więc teraz się będę bała, że wstanie jak mnie nie będzie...
A Sinlacu nie próbowałam. Muszę kupić bo coś krostki ma na buzi i nie wiem czy nie po mlecznej kaszce...
Asiorek bardzo chętnie się kiedyś spotkamy z Wami we Wrocławiu. Może nawet spotkanie w większym gronie by się udało? Parę osób z Wrocka jest na forum. Samodzielne usypianie ekstra sprawa. Choć dziś trochę płakał, ale zrzucam to na karb wyjazdowego dnia. A wakacje w Egipcie super sprawa. My dalej w polu z urlopem - nie wiemy kiedy i gdzie...
Kupiłam Emilkowi jeździdełko. Taki wóz strażacki z podstawką do bujania i blatem dla maluchów. Nawet wydaje dźwięki syren i ma migające lampki. Już wypróbowane i o dziwo Młody potrafi się nogami odpychać. Dojechał sam do ławy i piloty ściągał.
To była wiadomość z wczoraj nie wysłana bo komputer mi padł. Szlag mnie trafiał, że będę musiała pisać wszystko od nowa, a okazało się, że da się odzyskać moje wypocinki.
Dziś wizyta u pediatry bo Emilowi bardzo oczka ropieją. Przemywałam solą fizjologiczną, ale jest coraz gorzej. Na dodatek znów kaszle i pociąga nosem. Mam wyrzuty sumienia, że to przez spanie przy otwartym oknie, ale jak zamkniemy to jest tak duszno, że wszyscy się pocimy. Nie wiem już jak o ubierać i czym przykrywać. A Wasze dzieciaczki w czym śpią?
Agula kciuki zaciskam! Oby biznes szedł po Waszej myśli, a nawet trochę lepiej.
Kaja Emil też na początku nie chciał kaszki na wodzie, później jadł, a teraz znów nie chce. Na mleku je, ale buzia brzydka. Muszę spróbować ten Sinlac. Dziś zresztą wypytam lekarki czym go karmić bo co prawda cyca chętnie, ale to taki dodatek i nie najada się samym cycem. Jakoś mniej mam pokarmu. Pierś nie nabrzmiewa nawet jak nie jadł cały dzień.
|
Rząd nakazał, samorząd realizuje, a strażak – ochotnik musi wziąć: wynagrodzenie za szkolenie czy udział w akcji. Traci na tym idea ochotniczych straży, a pojawiają się obawy. Jakie?
Ekwiwalent pieniężny za każdą godzinę dostawali do tej pory tylko ci strażacy - ochotnicy, którzy kosztem pracy brali udział w działaniu ratowniczym czy szkoleniu pożarniczym, który wynosił 1/175 przeciętnego wynagrodzenia. Ale w lipcu zeszłego roku weszła w życie nowa ustawa. Każdy, kto jest strażakiem – ochotnikiem dostaje ekwiwalent pieniężny. Jaki? To ustaliły uchwałami rady gmin. Jedyny warunek jest taki, że jego wysokość nie może przekroczyć wspomnianej 1/175 przeciętnego wynagrodzenia.
Czy w przyszłości młodzi będą wstępować do straży z przekonania czy dla ekwiwalentu?
To kolejne zadanie zlecone przez „górę”, za którym nie przyszły pieniądze. Żadna z gmin powiatu pszczyńskiego nie przyjęła górnej granicy (niecałe 17 zł). W Miedźnej, Kobiórze i Goczałkowicach za udział w działaniach ratowniczo - gaśniczych strażacy dostaną 10 zł za każdą rozpoczętą godzinę. Za szkolenia „wpadnie” 5 zł. Pszczyna, Pawłowice i Suszec w obu przypadkach wypłacają po 10 zł.
Tylko wyszkoleni Żeby zostać strażakiem - ochotnikiem, nie wystarczy się zapisać. Udział w akcji wymaga odpowiednich szkoleń. W gminie Miedźna takie uprawnienia ma 167 ochotników, w Pszczynie – 474, Suszcu – 164, Pawłowicach – 234, Goczałkowicach – 22, a w Kobiórze – 14. Wiadomo, że udział strażaków – ochotników we wszelkiego rodzaju akcjach jest duży.
– W powiecie pszczyńskim sytuacja ochotniczych straży pożarnych wygląda bardzo dobrze. Od 1999 roku w naszych szkoleniach wzięło udział ponad 1000 strażaków z całego powiatu. W tym roku planujemy przeprowadzić cztery - komendant Powiatowej Komendy Państwowej Straży Pożarnej w Pszczynie, Leszek Szpejna, wymienia tu szkolenia specjalistyczne, jak kurs pierwszej pomocy czy z zakresu kierowania ruchem drogowym. Jakie zagrożenia w tym, że czas przeliczono na pieniądz, widzi komendant? - To duże obciążenie dla gminnych budżetów. Ilości zadań nie da się zaprogramować ani przewidzieć - dodaje komendant.
Już nie ta sama OSP Na razie gminy zabezpieczyły środki na ten rok w oparciu o statystyki wyjazdów w minionym czasie. Jeżeli braknie, trzeba będzie dokonywać zmian w budżecie. Na razie te sumy nie są astronomiczne. Przykładowo w Kobiórze w tym roku na cały dział przeznaczono 125 tys. 115 zł. – 4 tys. 511 zł na samą tylko ochotniczą straż, ale w tej kwocie, poza ekwiwalentem za udział w działaniu czy szkoleniu, uwzględniono również wynagrodzenie za umowę zlecenie dla OSP. W ubiegłym roku na bezpieczeństwo publiczne i ochronę przeciwpożarową zaplanowano 123 tys. 481 , zaś na same wynagrodzenia dla strażaków – ochotników 4 tys. 379 zł – informuje skarbnik gminy, Monika Jasińska.
Każdy dostanie to, co mu się prawnie należy. Ale czy chce? Strażacy mówią, że nie po to zostali ochotnikami, by za to brać wynagrodzenie, sama idea OSP też straciła na randze w momencie, kiedy posłowie przyjęli ustawę. A naczelnicy i prezesi OSP dostali w tym czasie na barki dodatkowy ciężar. Bo jak ustalić, kogo odesłać, kiedy na dźwięk syreny zleci się więcej osób, niż pomieści strażacki wóz? - Ustawa skomplikowała życiem ochotniczym strażom. Obawiamy się takiej sytuacji. Wielkie tu zadanie przed naczelnikami, którzy będą musieli ocenić, kto weźmie udział w akcji. Na pewno muszą to być strażacy z odpowiednim przeszkoleniem – mówi Iwona Kwiatkowska, prezes OSP Pszczyna.
Teraz w jednostce jest tak, że 45 osób jest czynnych, a kiedy trzeba, do akcji zgłaszają się przeważnie te same osoby. Ale co, jeśli te kilka złotych okaże się dla kogoś łakomym kąskiem? Albo wzrośnie ilość pożarów? Iwona Kwiatkowska nie ukrywa, że wiele będzie zależało od intuicji, czy dana osoba nadaje się na strażaka - ochotnika. Ale tak naprawdę czas pokaże, czy posłowie nie zrobili nam przypadkiem na siłę dobrze...
|
Jako że artykuł opisuje dzieje dawnego Kalisza to wrzucam go tutaj.
Kalisz w ogniu
Kalisz, najstarsze miasto w Polsce. Stare ulice i stare domy, pamiętające dawne, inne czasy. Współcześnie murowane budynki zastąpiły te drewniane, które aż do XVIII w. regularnie stawały w płomieniach, często zamieniając w popioły całe połacie miasta. Z gaszeniem tych pożarów różnie bywało. Ludziska niechętnie chcieli narażać życie dla uratowania cudzego mienia. W przeciwieństwie do koni
Nie wchodząc w szczegó- ły (o których poniżej), stara, kaliska – z około roku 1870 – wieść głosi, że kiedy koniom powierzono obowiązki ciągnięcia sikawek, to tak się do tej pracy zapaliły (!), że na dźwięk alarmowego dzwonu pędziły, ile mocy w kopytach na miejsce zbiórki pod remizę. Często razem z wozem ze śmieciami, bo konie te, proszę państwa, pracowały na dwóch etatach: wywoziły miejskie śmieci i pracowały dla kaliskiej Ochotniczej Straży Pożarnej.
Kaliskie pożary Częste pożary trawiły drewniane miasto, czyniąc olbrzymie zniszczenia. Fale pożarów w latach 1704-1706 spowodowały, że Kalisz skurczył się do tylko 34 budynków i 78 mieszkańców. Kościół Kanoników stracił w wyniku tego pożaru wieżę (w roku 1973 stracił też obraz „Zdjęcie z Krzyża” ze szkoły Rubensa, ale to inna historia i inne czasy). Miasto ze zgliszcz odbudowano, ale tylko po to, aby w roku 1792 strawił je kolejny pożar. Rozpoczął się on od zapalonej świecy w stajni dla koni na ówczesnym Wrocławskim Przedmieściu (dzisiaj odcinek pomiędzy mostem Kamiennym a Rogatką). I pewnie właśnie dlatego późniejsze końskie pokolenia tak do serca sobie wzięły sumienną pracę dla OSP. Od płomienia świecy zajęła się słoma i pożar bardzo szybko rozprzestrzenił się na całe miasto. Spłonął wtedy, a właściwe stopił się, ratuszowy zegar i z dymem poszedł drewniany klasztor oo. Franciszkanów. W tamtych czasach w płomieniach ginęło wiele miast. Los Kalisza podzieliło nawet drewniane Chicago w roku 1871, kiedy to stojąca w oborze krowa kopnęła palącą się lampę naftową. Spaliła się słoma, obora i całe miasto Chicago. W XIX wieku słynniejsze kaliskie pożary to spłonięcie kilku kamienic w roku 1846 (kamienice Mechwaldowej, Chrystowskiego i Baumertowej), teatru w roku 1858 oraz pożar fabryki sukna, stanowiącej własność Emila Repphana. W roku 1902 ogień z płonących gospodarstw Konstantego Koryckiego i Michała Banasia na Zawodziu omal nie strawił położonego zaraz obok zabytkowego kościółka pod wezwaniem św. Wojciecha. W roku 1914 walka o uratowanie tego, co jeszcze można było wyrwać płomieniom trawiącym podpalony przez Niemców Kalisz, trwała od 2 do 22 sierpnia.
Witamy was, kaliska straż Pierwszą jednostkę samodzielnej straży ogniowej zorganizowano w Kaliszu w 1846 r. Była to tzw. straż przymusowa (ale nie płatna). Nie zdała ona jednak egzaminu. Raz, że ludzie przecież przymusu nie lubią, a dwa, że działała na zasadzie chaotycznego przypadku i bez koniecznych ćwiczeń i treningów. A ponieważ „Miasto Kalisz pomiędzy znaczniejszymi miastami w Królestwie liczy się pierwsze po Warszawie”…w roku 1853 powstał projekt stworzenia zawodowej straży pożarnej, która… „na wzór warszawskiej na małą skalę mogła być urządzona”. Niestety, chlubny ten zamiar nigdy nie wyszedł poza strefę projektu za względu na koszty, które przerastały możliwości kaliskiej kasy miejskiej (skąd my to znamy?). Miejskie głowy jednak nie w ciemię bite, wymyśliły, że przecież pożary można gasić w czynie społecznym. I tak w roku 1863 zaczęto pracować nad projektem ustawy powołującej obywateli miasta do ochotniczej służby strażackiej, a 3 maja 1864 r. powstała – jako pierwsza tego typu placówka w Polsce – kaliska OSP w sile 104 druhów, na czele których stał jej założyciel, Robert Pusch. Czeladź rzemieślnicza stanowiła pierwszą kadrę Ochotniczej Straży Pożarnej miasta Kalisza. Początkowa remiza OSP znajdowała się w drewnianej szopie przy ul. Rzeźniczej, później przeniosła się na ul. Kanonicką na zaplecze ówczesnego Hotelu Wiedeńskiego, aby wreszcie w roku 1887 przenieść się do nowo wybudowanej remizy na placu 1 Maja. Zapewne wielu kaliszan pamięta jeszcze tak remizę, jak i „kozę”, zbudowaną po drugiej stronie placu. Architekturą przypominały one małe gotyckie zameczki. Obydwa budynki zaprojektował Józef Chrzanowski – ten sam, który projektował teatr i ratusz. Obydwa też zostały rozebrane dziwną decyzją ojców miasta. W roku 1953 kaliska OSP wróciła do swojego miejsca „narodzenia” tzn. na ulicę Waryńskiego 9 (obecna Piskorzewska) do budynku, który łączy się podwórzem z dawnym Hotelem Wiedeńskim. (es)
Więcej w Zyciu Kalisza
|
Oto krótka relacja z tegorocznego Festynu Rodzinnego: Największym naszym zmartwieniem była pogoda. Choć zabezpieczyliśmy się w ogrodowe parasole (na wypadek słońca lub deszczu ), a ojciec Piotr jak co roku wziął na siebie odpowiedzialność za pogodę, to do końca nerwowo zerkaliśmy w niebo. Nasza Mateczka ukochana nagrodziła nas wspaniałą pogodą, ani zimno ani ciepło lecz w sam raz, nie to co zeszłego roku kiedy żar lał się z nieba, kto rusz szukał cienia, a ławki przed sceną świeciły pustkami. O godz. 12.00 w gorących rytmach rozpoczęliśmy Mszę świętą. Oprawę muzyczną w stylu sacro-techno zafundował nam pan organista, przestawiając niechcący jeden guziczek na organach i powodując niemałą konsternację wśród zebranych. Przyjezdni pewnie myśleli że u nas taki zwyczaj:) Eucharystię koncelebrowało 4 księży: ks. prałat Józef Kusze proboszcz parafii św.Anny z Zabrza, infułat Paweł Pyrchała, ks.Zygfryd Sordoń proboszcz parafii NSPJ w Rokitnicy oraz o.Arkadiusz Sosna. Piękna homilia ks.Kusze na długo zapadła w pamięć. Poruszającym i niezwykłym było pewne zaskakujące zdarzenie. Pamiętacie że skradziono z sanktuarium Krzyż Jedności. Rodzina Państwa Szczeponik postanowiła ze zgromadzonych środków po zmarłej mamie ( wielkiej sympatyczce Rokitnickiego sanktuarium ) ufundować nowy Krzyż Jedności. Zaskoczenie i wzruszenie malowało się na twarzach obecnych i jak to powiedział o.Arkadiiusz : " Opatrzność Boża chodzi nieodgadnionymi ścieżkami ". Na zakończenie Eucharystii nowy Krzyż Jedności został poświęcony i w uroczystej procesji wniesiony do sanktuarium. Rozpoczęła się część biesiadna. Zgromadzeni tłumnie ruszyli zakupić pyszne domowe wypieki i przy kawie w wesołej atmosferze był czas aby pogadać ze znajomymi i rodziną. Gośćmi naszego festynu była rodzina Szensztacka z Niemiec z miejscowości Montebaum 15 km od Szensztat. Ci sami dobrzy ludzie którzy kilkakrotnie użyczali naszym rodzinom swojej gościnności, byśmy mogli odbyć podróż do samego źródła. Nie można nie wspomnieć o naszych współbraciach ze wspólnoty z Winowe którzy w liczbie 20 osób pod przewodnictwem siostry Michaliny zaszczycili nas swoją obecnością, aby razm z nami wspólnie się radować. Stąd tez pierwsza konkurencją była zabawa z kapeluszami Winów kontra Rokitnica. Muzyczne hity grał i zabawy prowadził Piotr Frankowski z zespołu Mery Lu. Dla dzieci odbywały się konkursy i gry sprawnościowe które prowadzili państwo Biwo z Sośnicowic Był tradycyjnie konkurs rysunkowy dla dzieci oraz „ Mikrofon dla Wszystkich „ obydwa z atrakcyjnymi nagrodami. Przy dźwiękach piosenki „Jedzie, jedzie straż ogniowa „ odwiedzili nas strażacy z OSP ze Strzybnicy, zaprezentowali strażacki ekwipunek i dali pokaz udzielania pierwszej pomocy ( nie zupełnie na poważnie ) wzbudzając ogólne zaciekawienie, na koniec każdy kto chciał mógł się sfotografować na tle wozu strażackiego , w towarzystwie strażaków, bądź w hełmie. Gwożdziem programu był wystep Krzysztofa Nowaka z Łan Wielkich tegorocznego zwycięscy konkursu „Godomy po naszemu” w kategorii młodzieżowej który przyjęty gromkimi brawami w mundurze leśniczego (odziedziczonym po dziadku ) opowiedział piękną śląską gwarą historię Sosnicowickiego zamku. Tradycyjnie przeprowadziliśmy aukcje kwiatową, całkowity dochód z tej aukcji rodziny przeznaczyły na dofinansowanie zakupu Sztandaru dla młodzieży Szensztackiej. Cały dzień działała loteria fantowa,a w niej atrakcyjne nagrody. Festyn uświetniły swoimi występami muzykujące rodziny Szensztackie: p. Biwo oraz p. Frankowskich. Kilka piosenek specjalnie przygotowanych na te okazje zaśpiewały siostry Sylwia i Roksana Frankowskie. Jednak prawdziwym hitem festynu okazał się żywiołowy występ parodystyczny „Jozina z Bazin”. Na zakończenie dla wszystkich zatańczył „najmniejszy człowiek świata” wzbudzając swymi podrygami ogólną wesołość. Część artystyczną zakończyły spiewem i przy akompaniamencie własnym gitar sm Emanuela i Emiliana, prawdziwie anielskie głosy, wspaniałe wykonanie, które przeniosło nas w bliskie duszy chrześcijanina klimaty, jako piękne wprowadzenie do nabożeństwa majowego, którym ok. godz. 20.00 zakończyliśmy nasze rodzinne świętowanie. Zdjęcia z tego wydarzenia znajdują się tutaj
|
W tym momencie samochody ruszyły na przełaj przez lotnisko. Trzydziestotonowy lotniskowy wóz strażacki, zaopatrzony w aparaturę do cięcia kadłubów i azbestowe kombinezony, staranował ogrodzenie. Ale na miejscu wypadku mógł tylko podawać wodę innym, mniejszym wozom. Sam nie mieścił się między drzewami.
- Miejsce akcji nie do opisania - opowie później dziennikarce "Reportera ogniomistrz Stanisław Kozicki, którego samochód szybkiej interwencji dotarł do celu jako jeden z dwu pierwszych. - Ale człowiek nic nie czuje. Dopiero potem...
Udało się zidentyfikować ciała tylko około stu ofiar katastrofy.
*
IŁ-62M wyposażony był w cztery automatyczne rejestratory lotu - tzw. czarne skrzynki: jedną główną, rejestrującą na taśmie magnetycznej sześćdziesiąt cztery podstawowe informacje o przebiegu lotu i trzy pomocnicze, z których jedna rejestrowała rozmowy i dźwięki w kabinie pilotów. Po wypadku w Lesie Kabackim odszukanie czarnych skrzynek nie było łatwym zadaniem. Samolot rozbił się na setki kawałków, rozrzuconych wśród drzew. Czarne skrzynki udało się skompletować dopiero następnego dnia po wypadku. A wtedy miało się okazać, że pełnymi danymi komisja ekspertów nie będzie nigdy dysponować. Najważniejszy rejestrator w wyniku uszkodzenia zasilania elektrycznego przestał działać na kilka minut przed końcem lotu. Do końca natomiast pracowała czarna skrzynka w kabinie pilotów.
Niemniej ustalenie przyczyn katastrofy było możliwe i dla komisji bezsporne. Zdarzyła się rzecz bardzo przypominająca to, co siedem lat wcześniej spowodowało upadek "Kopernika". W silniku numer dwa pękł wał turbiny niskiego ciśnienia. Z tą różnicą, że tym razem obciążeń nie wytrzymało wykonane z wybrakowanego materiału łożysko toczne. Ponadto w zakładzie produkcyjnym, wbrew przyjętym na świecie zasadom konstrukcyjnym, wywiercono w łożysku otwór. W założeniu otwór miał ułatwiać smarowanie. W praktyce - zamienił łożysko toczne w ślizgowe.
W komunikacie komisji rządowej, opublikowanym w prasie 2 lipca 1987 r., czytamy:
"W krytycznym locie zużycie łożyska pośredniego osiągnęło stan graniczny, doprowadzając do tarcia elementów wałów, co spowodowało wydzielenie dużej ilości ciepła. Pod wpływem wysokiej temperatury wytrzymałość wału turbiny niskiego ciśnienia (TNC) spadła poniżej granicy przenoszonych przez ten wał obciążeń. Zniszczenie wału spowodowało zerwanie więzi mechanicznej między TNC a napędzanym przez nią zespołem sprężarki niskiego ciśnienia. Cała moc TNC w czasie kilkudziesięciu milisekund została zużyta na pokonanie bezwładności jej wirnika i zwiększenie prędkości obrotowej, aż do zerwania wirnika siłami odśrodkowymi. Części rozerwanego wirnika TNC uszkodziły sąsiedni (lewy zewnętrzny) silnik, wykluczając dalszą jego pracę oraz przebiły hermetyczną tylną część kadłuba samolotu, powodując dekompresję. Zniszczony został układ sterowania sterem wysokości, przecięte wiązki przewodów elektrycznych i ponadto powstał pożar w bagażniku samolotu".
Kiedy samolot zbliżał się do Okęcia, pożar wydostał się na zewnątrz. Być może wywołało to panikę na pokładzie. Pasażerowie z tylnych foteli mogli poderwać się z miejsc i ruszyć na przód kadłuba, co zmieniło wyważenie samolotu. Maszyna nad Lasem Kabackim zwiększyła kąt natarcia. Zaczęła "tonąć"...
Raport z wynikami oględzin samolotu komisja przesłała także do Moskwy. W odpowiedzi nadszedł obszerny, siedemdziesięciodziewięciostronicowy elaborat, w którym eksperci-łożyskowcy z ministerstwa przemysłu motoryzacyjnego ZSRR dowodzili, że wszelkie uszkodzenia silników samolotu IŁ-62M powstały dopiero w wyniku zderzenia się maszyny z ziemią.
Prowadząca śledztwo w sprawie katastrofy "Kościuszki" Prokuratura Wojewódzka w Warszawie umorzyła je wobec niestwierdzenia przestępstwa.
Jednym z ważnych pytań, na które jednoznaczna odpowiedź nigdy nie padła, było: co zdarzyło się w samolocie, kiedy przelatywał on, wracając do Warszawy, w pobliżu Modlina. Po dwudziestu latach od katastrofy, w telewizyjnym odcinku "Czarnego serialu", dwaj doświadczeni piloci postawili na ten temat różne hipotezy. Zgodnie z pierwszą z nich, w luku bagażowym numer cztery mogły eksplodować... spirytualia - "procentowe" upominki dla rodzin za Wielką Wodą. Zgodnie z drugą hipotezą - wybuch wywołały opary nafty, przedostające się do luku z uszkodzonych przewodów paliwowych, łączących instalację z agregatem pomocniczym TA-6.
|
Żałoba po zdechłym kocie.
"Zwariowałam." Myśli dziewczyna stojąca nad zlewozmywakiem. Od dwóch dni wydaje jej się, że słyszy miauczenie swojego kota. "To niemożliwe." Powtarza sobie bez przerwy. Niemożliwe, bo kotek umarł przed tygodniem, sama go pochowała. Dlatego teraz szoruje uparcie talerz i stara się zagłuszyć wypełniający jej głowę dźwięk. Wszystko co słyszy przypomina jej miauczenie A Mruczek nie zamiauczy, bo już go nie ma. Nie będzie musiała chować wędlin przed niezawodnym noskiem. Nie będzie słyszała drapania szarej łapki o drzwi. Nie będzie wychodzić do sklepu tylko dlatego, że Mruczkowi skończyła się karma. Po policzku spływa łza. Dziewczyna wyciera ją wierzchem dłoni. Pociąga nosem. Przypomina sobie dzień, w którym znalazła nieżywego kocurka. Nigdy nie dowie się dlaczego umarł. Przecież nie był chory. Jakie podłe zwierze zamordowało go na trawniku przed blokiem? Dlaczego nic nie słyszała? "To już bez znaczenia - mówi do siebie. - Przecież koty nie mają duszy." Rozlega się dzwonek do drzwi. - Chwileczkę! - krzyczy. Rozlega się kolejne miauknięcie. "Jestem walnięta" powtarza sobie w drodze do drzwi. Dobrze wie, kto za nimi stoi. Przyjaciele obiecali wypad do kina. Obiecali, że pomogą jej zapomnieć o Mruczku. Tylko, że ona nie chce zapomnieć. Chce o nim rozmyślać, pielęgnować każde wspomnienie. Tamci mówią, że nie może wiecznie płakać po zdechłym kocie. Dziewczyna kiwa nieśmiało głową, chwyta stojącą na półce torebkę i wychodzi.
Wraca późną nocą. Szumi jej w głowie. Jest wesoła. Na moment zapomniała o zdechłym kocie. Miauczenie ustało. Tylko cisza. Kładzie się spać.
Budzi ją pisk, jakby Mruczek wpadł w tarapaty i wołał o pomoc. - Mruczka już nie ma - mówi przez zaciśnięte zęby i idzie w kierunku radia. Ustawia przypadkową stację i podkręca głośność tak bardzo, że nie słyszy nawet nadjeżdżającego wozu strażackiego. Przez godzinę śpiewa stare przeboje. Stara się nie myśleć o swoim kocie, jego miękkim futerku i sposobie w jaki mruczał, kiedy go głaskała. Chce zjeść śniadanie. Dopiero teraz dostrzega wóz i kilku strażaków przed blokiem. Ubiera się pospiesznie, po czym wychodzi zapytać, co się stało. - Proszę się nie martwić. – uspakaja ją mężczyzna w mundurze – Nie ma powodu do niepokoju. - Dlaczego panowie przyjechali? - W rynnie zaklinował się mały kotek. Przyjechaliśmy go uwolnić. - Żyje? – pyta pełna nadziei. Już wie co słyszała. Nie zwariowała. - Zdechł. – odpowiada strażak beznamiętnie. – Jakąś godzinę temu. Może trochę później. - A ja go słyszałam – dziewczyna szepce zażenowana. – Gdybym wiedziała, nie męczyłby się tak. - To już bez znaczenia. Przecież koty i tak nie mają duszy.
|
Piatkowy poranek byl pogodny i sloneczny. Przed poludniem zebralismy sprzet, zapakowalismy nasze Pajero i w droge. Czterystukilometrową dojazdowke z Warszawy do Regietowa pokonalismy w 7 godzin. Slońce już zachodziło kiedy dotarliśmy do Stadniny Koni Huculskich gdzie mieściła sie baza zlotu. Przed Gościńcem Jaśmin serdecznymi usciskami powitali nas organizatorzy imprezy. Okazało się, że jesteśmy jedną z pierwszych załóg, która djechała na miejsce. Po zakwaterowaniu czekała na nas ciepła kolacja. Pierwsze rozmowy, opowieści i relacje tylko potwierdziły opinie o wyjątkowości Beskidu Niskiego. Wieczorem postanowiliśmy zbadać okolice stadniny. Ciemności utrudniały eksploracje. Jednak dzwiek pędzacych koni po okalajacych teren osrodka łąkach spowodowały, że nasza wycieczka okazała się niezwykłym przeżyciem. Rozgwieżdżone niebo, dudnienie kopyt i wszechobecna sielska cisza. Czuliśmy się jak w zaczarowanej krainie. Odglosy biegajacych koni troche nas niepokoiły. W ciemosciach niczego nie bylo widac a tylko slychac przemieszczajace sie zwierzeta. Nasyceni górskim powietrzem i zmęczeni przebytą drogą udaliśmy się na spoczynek. Od rana w sobote świeciło piękne słońce. Jeszcze przed sniadaniem zwiedziliśmy stadnine. Okolica wygladała piękniej niz wieczorem poprzedniego dnia. Naszą uwage zwbudził także stary wóz strażacki. Czerwony Jelcz prezentowal się bardzo okazale. Odprawa rozpoczeła się o 10.00. Załogi otrzymały numery startowe, itinerery i wszelkie informacje potrzebne do poruszania sie samochodem terenowym po bezdrożach Beskidu Niskiego. Auta z uczestnikami startowały spod gościńca co 3 min. Jako pierwsze na trase wyjechały suv'y: Vitary, Outlander i Forester. My wyruszylismy mniej wiecej w srodku stawki. Spokojnie i uwaznie przemieszczalismy sie słabej klasy asfaltowkami i szutrami. Widoki zapierały dech. Wielobarwne stoki, soczysta zieleń, swojski klimat i duzo elementow kulturowych. Spora czesc szlaku prowadziła przez Magurski Park Narodowy. Jak sie okazało nawigacja przy pomocy roadbook'ów sprawiała niektórym klopot. Nie raz widzieliśmy zawracające i szukajace drogi terenówki. Dziwne też było podejście części kierowców, ktorzy pomylili impreze nawigacyjno-turystyczną z Dakarem. Nie zwracajac uwagi na otoczenie sprintem przemierzali kolejne odcinki. Wypalarnia węgla, stada krów i koni, kwieciste łąki, przepiekne kapliczki rozsiane gęsto wzdłuż polnych dróżek, kręte potoki, rozległe wyręby, zabytkowe cerkwie i zapomniane cmentarze to tylko część atrakcji, które mijaliśmy po drodze. Dużo frajdy spawiały przeprawy przez rzeczki i błotniste odcinki. Można było wykazać sie fantazją i ostro przejeżdzać przez brody. Strugi wody tryskały w powietrze ku uciesze uczestnikow imprezy. Przemierzajac malownicze okolice Nieznajowa natrafilismy na żeremie bobrów. Niestety mieszkańcy siedliska nie chcieli zapozowac do zdjęć. Kolejną atrakcją była "bacówka" gdzie miejscowi górale tradycyjnymi metodami wyrabiają sery. Chyba wszyscy spróbowali regionalnych przysmaków. Wczesnym popołudniem wszystkie załogi dotarły do Gładyszowa. Tu z apetytem zjedliśmy obiad. Pogoda dopisała wiec piknik był udany. Dzieci bawiły sie z rodzicami. Psy ganiały wśrod uczestników a zmęczeni opalali sie na trawce. Spragnieni wrażeń off-road'owych w tym samym czasie udali się na podmokłe łąki. "Upalanie" może nie było duże ale wystarczyło aby zmienić kolor samochodów na szaro-beżowy. Kilka aut nie uniknęło klopotów. Trzeba było wyszarpywac terenówki z błota. Raz wystarczyła siła mięśni kolegów a innym razem potrzebny był "kinetyk". Posileni i zrelaksowani juz w kolumnie ruszyliśmy w dalszą drogę. Tak dotarliśmy do małej żwirowni gdzie dla chętnych przygotowany był tor przeszkód. Dla wiekszości aut fabrycznych ta próba okazała sie wyzwaniem nie do pokonania. Całkiem słusznie organizatorzy odradzali testowania "bulwarówek". Swoich sił można było spróbowac samochodami przygotowanymi do jazdy w cięższym terenie. Jednak kilku smiałków nie przejmując się rysami na lakierze i innymi uszkodzeniami delikatnych elementow nadwozia pokonało wszystkie przeszkody własnymi bolidami. Na podziw zasłużyl właściel białego, nowego L200, ktory dzielnie walczył swoim pięcio metrowym pick-up'em. Na koniec cała kolumna ruszyła na rozległe łąki pod Regietowem. Po drodze mijaliśmy starą i opuszczoną część tej osady. Niezapomniane widoki, cienie chmur przemykające po bezkresie różnobarwnej zieleni. Łagodne stoki, meandrujące pośród drzew rzeczki i wszechobecne kapliczki. Takie krajobrazy towarzyszyły nam juz do końca dnia. Tuż przed wieczorem zajechaliśmy pod hotel. Zmęczeni ale szczęsliwi czekaliśmy na kolejne atrakcje. Wieczorne ognisko z pieczeniem kiełbasy było tylko wstępem do całonocnej biesiady. Gdy temperatura spadła do zaledwie kilku stopni zabawa przeniosła sie do ośrodka. Tam można bylo obejrzeć zdjęcia i przygotowany przez organizatora film. Tak zakończył się ten emocjonujący dzień. Niedziela nie przywitała nas juz tak ładna pogodą. Na szczęście deszczowy i pochmurny poranek zmienił sie w bardziej pogodne przedpoludnie a my mogliśmy dalej cieszyć sie atrakcjami przygotowanymi przez stadnine. Było w czym wybierać. Poczynajac od wyciekczki konnej na Słowacje (to dla tych co potrafią dobrze jeździć w siodle), przez proby na ujezdzalni a skonczywszy na przejażdżce zaprzegami konnym po okolicy. Nam najbardziej podobaly sie jednak jazdy po torze sportowymi bryczkami. Po krotkiej lekcji mozna bylo samamu poprowadzic taki woz. Konie niemal same kierowały bryczką. Na pierwszy rzut oka sprawa wyglądała na banalnie prostą. Jednak wyuczone zwierzeta reagowaly na kazdy niewłaściwy ruch woznicy i trzeba bylo sie postarac aby trafiac w bramki. Część klubowiczów wyjechała jeszcze przed obiadem. My po konnej czesci dnia postanowiliśmy ruszyc szlakiem architektury drewnianej. Zwiedziliśmy kilka pięknych grekokatolickich budowli sakralnych. Wiekszosc cerkwi funkcjonuje obecnie jako koscioly katolickie. Naszym zdaniem japiekniejszy obiekt znajduje sie w Czarnej. Polozony na lagodnym zboczu i dobrze utrzymany kompleks sakralny jest wspanialym swiadectwem wiary i cennym zabytkiem architektury sakralnej. Zaraz po obiedzie w karczmie na terenie stadniny odbylo sie uroczyste zamkniecie imprezy i pozegnanie obecnych jeszcze zalóg. Wyjechalismy z Regietowa o 16.00. Droga powrotna uplynela nam na wspominaniu atrakcji minionego weekendu. Słoneczna pogoda i wskazowki z odbiornika GPS ulatwialy sprawny powrot. Kolo 22 calo i bezpiecznie dotarlismy do Warszawy. Sport spisal sie dzielnie ale wygladal bardzo egzotycznie posrod czystych osobowek. Tu kilka obrazkow z sobotnimi i niedzielnymi track'ami:    
|
Gdzieś tam napisaliście, żeby wrzucać stare prace. Hmm. Poszukałem trochę w pamięci komputera i udało mi się znaleźć moją pierwszą pracę. No, może nie pierwszą, tylko drugą, ale "Ciszę i mgłę" , również w świecie Silent hilla, traktowałem jako wprawkę do pisania. Spodobało mi się i zacząłem pisać już poważniej. Fakt, nie zyskałem szacunku moim debiutem (Gdy będą cię wzywać do domu), ale myślę, że Zima zasłużyła, aby ją wystawić opinii publicznej. Historia tego opowiadania jest dłuuuuga, a fabułę opierałem na pozbieranych pomysłach fanów Silenta. Cóż, pozostaje mi życzyć miłej lektury. Większość rażacych błędów wyrzuciłem. Opowiadanie ma ich pewnie jeszcze sporo. Lojalnie uprzedzam. Jeśli rzeczywiście jakiś przeoczyłem, możecie go sobie wrzucać do Babola miesiąca. Z pewnym sentymentem prezentuję wam moje pierwsze w życiu pisarskie wypociny. Mam nadzieję, że spodoba się chociaż jednej osobie
Lecimy.
"I była chwila ciszy, i powietrze stało głuche, milczące, jakby z trwogi oniemiało" A.Mickiewicz. 27.I.2002 Zima.
"Nazywam się Ben Mayers i mam 28 lat. Jestem dziennikarzem z zawodu. Życie dało mi w kość, więc przeprowadziłem się z dala od przeszłości. Odciąłem się od rodziny i dawnych znajomych. Dzisiaj dojechałem do któregoś ze sporych miast wypoczynkowych, jednak nie byłem w stanie przeczytać po ciemku nazwy owej mieściny."
- Znajdzie się tutaj pokój? - Spytał mężczyzna o czarnych włosach i ciemnych oczach. - Owszem - odparła z uśmiechem kobieta w recepcji. - Pokój 301, trzecie piętro, pierwsze drzwi po lewej. - Dziękuję.
Benjamin Mayers wszedł po schodach na trzecie piętro, po drodze spotykając jeszcze kłócące się małżeństwo. Najwyraźniej ktoś ukradł im samochód z nartami na czele. Ben westchnął. "Wszędzie tylko ludzie się kłócą." myślał otwierając drzwi kluczem. Wszedł do środka.
Apartament był przytulny i schludny. Przedpokój, łazienka i sypialnia. Mayers cisnął walizkę na podłogę, rzucił na łóżko i zasnął w ubraniu.
28.I.2002
Obudził się i spojrzał odruchowo na zegarek. Wskazówka pokazywała godzinę siódmą rano. Ben wstał i spojrzał przez okno. Cudownie. Śnieg prószył gęsto,ludzi było mnóstwo. Od razu dało się poczuć radosny nastrój, który napełniał człowieka podczas regularnej zimy. Fakt, była lekka mgiełka, lecz pogoda - idealna. Mężczyzna ubrał się w kombinezon, zszedł na dół i zjadł śniadanie wraz z innymi przyjezdnymi. W recepcji dowiedział się także, że miejscowość nazywa się "Silent hill". Cóż, nazwa świetna dla miasta o charakterze turystycznym. Wyszedł na dwór i poczuł, jak zimno wdziera się pod ubranie. Śnieg leżał gęsto na ulicy, które zresztą nie były specjalnie szerokie. Budynki stylizowane na barok. Co do samej górki zjazdowej, to była porośnięta i mało stroma, co odpowiadało Mayersowi. Miał dość dużych miast, śmierdzących benzyną i dymem. Stanął w kolejce po bilet i już po chwili siedział na wyciągu krzesełkowym z miłą kobietą ubraną w niebieski kombinezon. Zagadał:
- Witam - uśmiechnął się - Ben Mayers. Ładny dzień, prawda?
Kobieta odwróciła na niego swój wzrok i zobaczył, że ma śliczne niebieskie oczy, w pełnym tego słowa znaczeniu.
- Owszem, idealny na narty. - głos miała równie miły dla ucha, co wygląd twarzy. - Diana Kingstone.
Podała mu rękę, a on ją uścisnął. Minęło może trzydzieści sekund miłej rozmowy, gdy Ben złowił wzrokiem dziwny kształt na brzegu lasu otaczającego stok. A nie, to tylko ratownicy ściągali snowboardzistę. Z racji tego, że mężczyźnie spodobała się kobieta, postanowił nie zasypiać gruszek w popiele.
- Miałabyś ochotę zjeść ze mną obiad?
Kobieta spojrzała na niego i figlarnie się uśmiechnęła.
- Benjaminie, czyżbyś proponował mi randkę? A czego oczekujesz po obiedzie?
Mayers roześmiał się.
- Odwiozę cię do domu, jak na dżentelmena przystało a potem wrócę do mojego apartamentu i prześpię się.
Roześmiali się oboje.
Kobieta jeździła na nartach świetnie, widać miała wprawę. Ben, który nie jeździł , odkąd skończył dziewięć lat, wywracał się co chwilę. Około godziny dwunastej zrobił się tłok i zeszli we dwójkę ze stoku do karczmy. W środku było parno. Zdjęli kurty i czapki. Znowu miłe zaskoczeni dla dziennikarza, gdyż okazało się, że Diana ma długie, jasne włosy. Napili się kakao i zjedli...frytki. Na obiad skoczyli do starszej dzielnicy miasta, do kafejki 5to2, gdzie równie miło spędzili czas.
29.I.2002
Ben obudził się nagle i zlany potem. Serce biło mu jak szalone, koszula lepiła się do piersi. Z zewnątrz dobiegało wycie syreny pożarowej. Podniósł się i wyjrzał przez okno wychodzące na zewnątrz. Uliczką jechała straż pożarna i jeden ze strażaków krzyczał przez megafon:
- Uwaga! Niedaleko Silent hill rozbił się samolot przewożący chemikalia groźne dla życia! Zalecane jest pozostanie w domach i nie wychodzenie na zewnątrz!
Mayers zaklął i zasłonił okno, jakby bał się, że chemikalia wedrą się do środka. Wyjął natychmiast komórkę i wykręcił numer do Diane.
- Ben?! - Diane,wszystko w porządku?! - Właśnie usłyszałam. Ben, nie wychodź na dwór! Masz co jeść? Boże, o Boże,co się tu dzieje... BEN!
Mayers odsunął komórkę od ucha, gdy kobieta krzyknęła. Ze słuchawki doszedł go odgłos wyłamywanych drzwi i pisk kobiet.
- DIANE!
Połączenie urwało się.
Mężczyzna dyszał ciężko, po czym rzucił się do drzwi. Potknął się o nartę i uderzył głową w ziemię.
Parę godzin później.
Dziennikarz otworzył oczy i rozejrzał się. W czaszce czuł tępy ból. Podniósł się i pomacał czoło. No tak, miał guza. Ale zaraz, czemu tak pędził... DIANE! Mayers zerwał się na równe nogi doskoczył do drzwi i otworzył je szarpnięciem. Na korytarzu było pusto, widać ludzie siedzieli w pokojach. Zbiegł na dół, tam było więcej ludzi. Atmosfera była gęsta i napięta, wszyscy rozmawiali o jednym-o katastrofie. Ben wybiegł na dwór.
Powitały go mgła i śnieg.
Ulica była pusta. Samochody stały na poboczach, panowała nienaturalna cisza. Benowi mogło się zdawać, że znalazł się właśnie w opuszczonym mieście Prypiat, gdyby nie światła, palące się w prawie każdym oknie. Mayers wskoczył do samochodu i przekręcił kluczyk, lecz stwierdził, że silnik zamarzł. Wyskoczył z auta i puścił się biegiem do domu Diany. W końcu nie było do niej tak daleko. Minął jedną przecznicę, drugą i stanął przed hotelem "Grand". Szarpnął drzwi, lecz te były zamknięte. Zaczął więc walić w nie z całej siły.
- Wpuście mnie! WPUŚCIE MNIE!
Zobaczył przez szybę jak biegnie w jego kierunku jakiś lokaj z kluczami w ręku. Gdy boy spełnił swoją powinność i chciał mu się wytłumaczyć, dziennikarz minął go i pobiegł do pokoju Diany. Dziwne. W recepcji dużo mniej ludzi niż w jego hotelu. Ben truchtał korytarzem i zatrzymał się przy drzwiach apartamentu 312-apartamentu Diany. W środku było pusto, rzeczy były porozrzucane i powywracane. Mayers wyciągnął komórkę i zadzwonił do kobiety. Odpowiedziała mu automatyczna sekretarka.
- Cholera, Diane, gdzie jesteś...
Przeszedł się po jej pokoju. Drzwi na balkon były zamknięte i do tego szczelnie. Kuchnia cała zalana. Najdziwniejsza była jednak łazienka, pośrodku której znajdował się dziwny znak, jakby niedokończony pentagram. Ben uklęknął przy symbolu i gęsia skórka stanęła mu na ramionach. Symbol był namazany krwią. Podniósł się, oddychając szybko i zadzwonił na policję.
- Komisariat policji w Silent Hill, słucham? - Policja - krzyknął spanikowany Ben. - Błagam was pomóżcie! Mamy porwanie w... - Proszę pana, chciałem tylko stwierdzić, że ze względu na zatrucie powietrza oraz przez wgląd na zdrowie naszych funkcjonariuszy, nie możemy wysyłać żadnych policjantów. Sprawę zgłosimy do specjalnych organów w Brahams i oni zajmą się tym odpowi... - Do tego czasu jak wy się uwiniecie to ona będzie już martwa! - ryknął do komórki i rozłączył się.
Dyszał ciężko i usiadł na ziemi. Myśl, Ben, myśl. Przejrzał bagaże Diany i niemal natychmiast wypadł z jednej z torby pamiętnik kobiety. Zawahał się i po chwili ciekawość zwyciężyła. Były tam różne zapiski, których styl zdradzał emocje w czasie pisania. Ot tu na przyklad- "Ten pieprzony Rowes wstawił mi dwójkę! Kochany pamiętniczku, żebyś ty wiedział co ja przez tego nauczyciela przeżywam..." Dalej kartkował i natrafił na kolejną notkę.
"Kochany pamiętniku. Dziś opuszczam moje kochane miasto, miasto w którym sie wychowałam. Brahams."Nie, nic co by u pomogło. Otworzył pamiętnik na ostatniej stronie i zaczerpnął powietrza. "Ech, pamiętniczku. Życie mnie nie rozpieszcza. Poznałam dziś fajnego faceta. Ba, nawet przystojny. Więc co mnie niepokoi? Właśnie to, że jest...idealny? Nikt nie jest idealny. A pamiętasz mojego poprzedniego chłopaka? Też był taki..." Ben zamknął pamiętnik, czując jak krew uderza mu w policzki. Odłożył książeczkę na łóżko i wyszedł z pokoju. Kiedy przemierzał korytarz, minął parę ludzi rozmawiających o jakimś kulcie, ale Mayersa to nie interesowało. Zszedł na dół i zamierzał opuścić budynek, kiedy zobaczył lokaja zamykającego drzwi.
- Hej, zaczekaj! - Podbiegł do niego - Na jaką cholerę ciągle zamykasz na klucz te drzwi? Przecież jesteśmy w budynkach w miarę bezpieczni bez żadnych kłódek.
Minął lokaja, na którego twarzy gościł głupi uśmiech i wyszedł na zamgloną ulicę. Spojrzał na budynki. Coraz mniej mu się to podobało. Niektóre z okien były ciemne, nie paliło się w nich żadne światło. A gdy szedł poprzednim razem we wszystkich oknach paliły się lampki... Nie, Ben stanowczo za dużo myślał. Tak naprawdę nie było w tym nic dziwnego. Skąd właściwie powinien zacząć poszukiwania? "Diane, gdzie możesz teraz być?" pomyślał Mayers. Pierwsza na myśl przyszła mu górka,gdzie jeździli na nartach. Czy było możliwe, żeby tam kobieta teraz tam przebywała? Nie wiedział. Westchnął,wypuszczając parę z ust i ruszył ulicą na wyciąg. W miarę jak szedł (a szedł już od piętnastu minut) ze mgły wyłaniały się ostatnie zabudowanie. Mayers zauważył ciekawą rzecz - im dalej był od serca miasta, tym mniej świateł paliło się w domach. No i ta cholerna mgła. Minął granicę miasta i stanął przed wyciągiem. Wczoraj było tu pełno ludzi, dziś zaś pustka. Ben spojrzał na śnieg i sapnął. Były tam ślady stóp prowadzące do krzesełek. Ben przełknął ślinę i przeszedł nad barierką, po chwili wszedł do budki kontrolera.
Krzyknął.
Na ziemi leżało zmasakrowane ciało mężczyzny, wciąż jeszcze ciepłe. Ręka kontrolera leżała na dźwigni, uruchamiającej wyciąg. Ben uznał, że w ten sposób dostanie się najszybciej na górę. Zdjął z obrzydzeniem rękę trupa i uruchomił wyciąg. Wyszedł na dwór i poczuł, jak żołądek podjeżdża mu do gardła. Nie dlatego, że widział zwłoki. To w powietrzu coś było nie tak. Usiadł na krzesełku i ruszył pod górę. Otaczała go mgła, nie widział nic w promieniu ośmiu metrów. Przed nim było jedno krzesełko, jedno za nim. I nic więcej. Upiorne wrażenie robiły inne krzesła wyjeżdżające z mgły. Poczuł na plecach dreszcz.
- AAAAAAAAAA! NA POMOOOOC! BEN!
Ben odwrócił się i spojrzał w dół. Nic. Tylko mgła. Dziennikarz czuł się jakby frunął, nie widać było ziemi. Spojrzał na niknący za nim wózek i zobaczył na nim jakiś kształt.
- O Boże. - wyszeptał - co to było?
Myślał ciągle o cieniu na wózku i tak dojechał do końca. Spojrzał na zjazd i zaczął wrzeszczeć. Krzesełko wiozło go prosto w objęcia upiornej postaci. Przypominała kształtem człowieka, jednak kiedy był od niej parę metrów zobaczył, że monstrum było pokryte w większości metalem. Gdy się to coś poruszało, dało się słyszeć jęk . Ben nie myśląc wiele wyskoczył z krzesełka i wpadł w hałdę śniegu. Podniósł się natychmiast i zaczął biec niezgrabnie przez śnieg. Spojrzał prze ramię. Potwór szedł za nim, ale strasznie powoli. Mayers potknął się nagle i zaczął zsuwać po stoku. Wszędzie był lód. Prędkość była straszna i najwyraźniej trasa się kończyła. Ben przejechał pod linkami blokującymi wejście na stok i wypadł na ulicę. Stęknął z bólu, gdy uderzył o asfalt. Zerwał się mimo to zaraz i popędził do miasta. Po dziesięciu minutach stał już przed hotelem i dyszał ciężko. Zakasłał i poczuł, że zaraz zemdleje. Mgła była trująca. Ruszył chwiejnym krokiem do swojego pokoju. Nie umknęło jego uwadze, że gdy przebiegał przez miasto, świateł było mniej, niż gdy wychodził. Położył się na łóżku i zasnął głęboko. Bał się.
30.I.2002.
Obudził się i z nadzieją spojrzał przez okno. Mgła i śnieg, bez żadnych zmian, może poza tym, że ta pierwsza była gęstsza. Westchnął i wyszedł na korytarz, biorąc klucze do auta. Na korytarzu zatrzymał się jak wryty. Było pusto. I cicho. Zapukał do drzwi naprzeciwko. Cisza mu odpowiedziała. Wziął głęboki oddech i kopnął w drzwi z całej siły. Zawiasy puściły i drewno posypało się na ziemię. Nikt mu nie odpowiedział. Ben przeszedł przez apartament i zatrzymał się w sypialni. Panował tu nienaganny porządek,właściwie nic nie wskazywało na porwanie. Była tu też inna atmosfera. Mayers wycofał się z pomieszczenia pospiesznie i zszedł do recepcji. Dreszcz przebiegł mu po plecach. Hol był pusty. Dziennikarz wyszedł przez drzwi i westchnął. Miasteczko wyglądało teraz sennie i tylko w paru oknach jarzyło się światło. Ben wiedział,że i tak nie ma tam po co iść. tylko on,zupełnie bez sensu odważał się wychodzić na zewnątrz. Zaczął brodzić w śniegu. Postanowił,że pofatyguje się osobiście na policję. Mijał po drodze różne budynki. Straż pożarna,centrum handlowe,szpital... Aż dziwić się,że w mieście panuje ta wredna trucizna. Mayers stanął przed napisem "Policja w Silent Hill", po czym wdrapał się po schodach. Tak jak się spodziewał, drzwi nie stawiły oporu gdy je popchnął. W środku był półmrok. w recepcji siedział tylko jeden mężczyzna ubrany w mundur policjanta.
- Przepraszam - zaczął Ben - Ja chciałem zgłosić porwanie.
Policjant spojrzał na niego od niechcenia. Odpowiedział.
- Cóż, zdarza się. Ale naprawdę, proszę pana, nic nie mogę poradzić. Proszę pójść do komisarza Scottiego, on panu wszystko opowie. - wskazał palcem na drzwi na końcu korytarza. Mayers wszedł tam.
Pokój był raczej mały. Było tu tylko biurko,szafa i biblioteczka. Za biurkiem siedział gruby mężczyzna o ciemnej skórze. Włosy miał krótkie, oczy ciemne. Gdy Ben otworzył drzwi, spytał:
-W jakiej sprawie? -Porwania. -Możesz dokładniej. -Porwano kobietę. - zaczął - Sam jej próbowałem szukać, ale...
Głos uwiązł mu w gardle. Wolał nie wspominać o potworze. Gruby wyjął notes i odparł uspokajająco.
- Dobrze, policja się tym zajmie. Może pan odejść i dziękujemy za obywatelską postawę. - Jest coś jeszcze... - powiedział zdecydowanie Ben. Ściszył głos. - Ale proszę, niech pan się nie śmieje.
Komisarz nachylił się w krześle. Za oknem padał śnieg.
- Gadaj pan. - W mieście dzieje się coś dziwnego. Nie wiem jak to ująć... wczoraj byłem na stoku. Pomimo tej mgły trującej. Najpierw znalazłem ciało kontrolera.
Policjant zmarszczył brwi.
- Potem, nie wiem czemu uruchomiłem wyciąg. Wjeżdżając na górę,usłyszałem krzyk na dole, jednak nic nie widziałem. Była mgła, taka jak teraz. A kiedy się odwróciłem na końcu był...był...potwór. Wiem jak głupio to brzmi, ale tak było.
Policjant był wyraźnie zaniepokojony.
- Ale co najgorsze, miasto zaczęło pustoszeć. Nie wiem czemu.
Komisarz spojrzał za okno i westchnął.
- No właśnie. Miałem wczoraj doniesienia bardzo podobne do pańskich. Cóż, nie powiem, że mi to się podoba. - Odparł Scotty i wyjął cygara. - Pali pan? -Nie.
Komisarz wzruszył ramionami i wyjął zapalniczkę.
- Potwory, mgła która zabija, pustoszejące miasto. Wiesz co? Wyśmiałem tę osobę. Drugiej, która potem zadzwoniła już nie. Przestało mi się to podobać i bawić. Mieszkańcy nie byli skłonni do żartów, szczególnie po tych paskudnych wydarzeniach, które miały miejsce ostatnim czasy. Wiesz, afera narkotykowa. Ale do rzeczy. Co pan, panie....
- Mayers. Benjamin Mayers. - Tak, dziękuję. Tak więc co pan o tym sądzi, panie Mayers?
Ben uśmiechnął się krzywo. Dym z cygara zaczynał go drażnić.
- Niestety, nie mam bladego pojęcia. Pierwszy raz jestem w takiej sytuacji. - Ha! Nie tylko pan. Proponowałbym wrócić do domu i przespać się. Jeśli sytuacja będzie wyglądała jak teraz, to zadzwonię na pana komórkę.
Ben zrozumiał, że to koniec rozmowy. Kiwnął głową, wstał i wyszedł na dwór. Recepcjonista zniknął. Mayers westchnął i wrócił do siebie.
31.I.2002
Syrena strażacka wyła głośniej niż dotąd. Mayers obudził się wściekły i podbiegł do okna,drżąc. Na zewnątrz było ciemno całkowicie. Żadna latarnia uliczna nie paliła się na ulicy. Ben po omacku dotarł do swojego bagażu i wyjął z niego latarkę,którą ze sobą zawsze woził. Zapalił ją i zaczął wrzeszczeć. Ściany były brudne,złuszczone,spływała z nich czerwona ciecz; podłoga była jedną wielką kratą,która dzieliła dziennikarza od przepaści. W powietrzu unosił się odór zgniłego ciała.
Mayers wziął głęboki oddech i zamknął oczy. Kiedy je otworzył nic się nie zmieniło. Rozejrzał się jeszcze raz po pokoju. Podbiegł do łóżka,które zrobione było z zardzewiałego metalu i odłamał nogę. Z tą prowizoryczną bronią zbliżył się do drzwi. "To niemożliwe. Ba,to na pewno koszmarny sen,a ja nie mogę się obudzić. Po prostu. Ale Boże,skąd u mnie taki sen?" Korytarz wyglądał podobnie. Był klaustrofobiczne ciasny, a Ben musiał iść środkiem. Na ścianach wisiały poszarpane ciała. "Boże,co ja tu robię,kurde." Spojrzał w dół schodów,który ginął w mroku. "Nie zejdę tam,nie zejdę..." Zszedł. Hol przypominał ten zwykły,ale tylko kształtem. Mayers podszedł do recepcji i poświecił tam latarką. Pusto,jeśli nie liczyć kolejnego trupa. "Fuj" Mimo oporów otworzył drzwiczki i zbliżył się do zwłok, które jak się okazało,były całkiem świeże. Ben zerknął na zniszczoną szafkę i otworzył ją. "Co się tu do cholery dzieje? Litości,ja zaczynam świrować." Z szafki jak na ironię wylała się krew,odsłaniając kartkę papieru. Mayers przyjrzał się jej dokładnie i przeczytał:
"Czekam na ciebie kochanie! Spotkajmy się w miejscu naszego pierwszego spotkania! Pozytywka"
Ben nie wiedział czemu,ale gdy przeczytał ten napis,dreszcz przebiegł mu po plecach. Odłożył kartkę i podniósł się. Miał ciągle wrażenie,że coś siedzi tam w ciemności i tylko czeka,aby zaatakować,gdy się odwróci. Ruszył do wyjścia.
Na zewnątrz również śmierdziało. Zamiast śniegu,lał deszcz. Budynki,których szczytów nie widział,miały puste okna za którymi była ciemność. Ben ruszył ulicami w kierunku górki,którą zjeżdżało się na nartach. Ale najpierw czekała go przeprawa przez las,co mu się nie podobało pod żadnym względem. Minął trzy przecznice i stanął na skraju lasu. Westchnął. Las najmniej poddał się przemianie,choć drzewa był śmierdzące i na ich gałęziach powbijane były psy.
- Ojcze nasz... - Ben nigdy nie był pobożny, ale każdy w takiej sytuacji zacząłby się modlić.
Liście zgniłe nie trzaskały, gdy po nich szedł. Gałęzie drzew rzucały upiorne cienie, gdy świecił na nie latarką. Ścieżka,wydeptana chyba przez jakieś monstrum prowadziła prosto. Ben szedł w milczeniu,a w jego mózgu budziły się dawne obawy przed ciemnością,którą posiadł już człowiek pierwotny. Na ścieżkę wpełzł cień. Dziennikarz ścisnął swoją dość prymitywną broń i krzyknął
- Stój! - zamiast krzyku usłyszał własny szept. Mimo to kształt zatrzymał się. Ben wpatrywał się w to coś. Było cicho,słychać było jedynie bicie jego serca. Cień zszedł z drogi i schował się między drzewami. "uff" westchnął i trzymając się środka drogi szedł dalej. Minął z daleka jeziorko wypełnione czymś czerwonym. Mayers miał dziwne wrażenie,że to jest krew. Gdy parę minut później szedł polaną,trawa krwawiła. Było cicho.
- Gdzie się wszyscy podziali? - szepnął do siebie. - Niemożliwe, żeby to wszystko się działo przez tą katastrofę lotniczą.
Wreszcie światło latarki padło na bramkę w której zazwyczaj kasowało się bilety. Wzdrygnął się. W otworze na bilety znajdowała się dłoń,reszty ciała nigdzie nie było. Gdy tak się wpatrywał,usłyszał trzask i odgłos wyciągu. Doszedł do wózka i usiadł na nim. Zaczął jechać w górę. Bał się,bał jak nigdy dotąd. Ciemność otwierała swą paszczę parę metrów pod nim. Z mroku wyjeżdżały kolejne krzesełka. Nagle na jednym z nich wyjechał człowiek,okrutnie poraniony. Do krzesełka był przywiązany drutem kolczastym. Widząc Bena krzyknął:
-Uciekaj! Uciekaj stąd! Tu nie czeka cię...
Nie dokończył. Utopił się własną krwią. Mayers dojechał na szczyt góry. Ta była teraz pokryta krwią i stalowymi kratami. Dopiero teraz dało się zobaczyć zwłoki przywiązane z drugiej strony oparcia. Dziennikarz poczuł jak żołądek podjechał mu do gardła,zgiął się w pół i zwymiotował. Podniósł głowę. Ten potwór znów tu był. I szedł na niego skrzypiąc żelastwem w jakie był zakuty. Usłyszał głos, podobny strasznie do głosu jego ojca. Ojca którego zostawił.
- Ben.... Czemu to.... zrobiłeś?... Kochaliśmy cię... bardzo.
Potwór zamachnął się metalowym drągiem,a Mayers w ostatniej chwili uchylił się. W akcie rozpaczy uderzył oburącz bestię,ale tylko złamał swoją żałosną namiastkę broni. Odwrócił się napięcie,cisnął resztki w ciemność i zaczął uciekać. Biegł płacząc jak dziecko i potknął się. Poczuł jak ląduje na kratach i tłucze kości. Krzyknął. Spod krat patrzyły na niego oczy. Odsunął się od krat i poczuł,jak gdyby tracił kontrolę i jego umysł odlatuje gdzieś daleko. Przed oczyma mu pociemniało. Ostatnią rzeczą,jaką pamiętał,był upadek.
32.I.2002.
Obudził się i pierwszą rzeczą jaką poczuł,było zimno. Leżał w śniegu,a ubrany był tylko w wytartą skórzaną kurtę. Kichnął i potarł ramiona. Podniósł wzrok i spojrzał ciężko w mgłę,oczekując idących po niego stworów. Nic takiego jednak się nie stało. Kichnął znowu i pociągnął nosem. Był teraz bezbronny. Jeden krok,zaraz po nim kolejny. Szedł ulicą,mijał auta,drzewa. Jego kroki były jego jedynym towarzyszem w tej ciszy. I mgle. Starł śnieg z włosów i zamyślił się,patrząc na budynki,które wyłoniły się z mgły. Minął sklep spożywczy i dotarł do komisariatu policji. Musiał powiadomić Scottiego o tym wszystkim. Zerknął jeszcze na wszelki wypadek przez okno w drzwiach,ale to było tak zakurzone,że nic nie dało się zobaczyć. Otworzył więc i wszedł do środka. Recepcja była pusta,korytarze także. U Scottiego panował półmrok,rzeczy były niedbale rozrzucone jakby ktoś je porozrzucał w pośpiechu. Ben pokręcił głową i zaczął przeglądać wszystkie szuflady. Znalazł pistolet,parę naboi. Wziął także latarkę do pistoletu oraz komunikator policji. Zawsze można było sobie przypiąć radyjko do kieszenie na piersi,co też zresztą mężczyzna uczynił. Wziął głęboki oddech i powiedział do siebie.
- Zjeżdżam stąd.
I wyszedł z budynku,kierując się do swojego samochodu. Kiedy otworzył drzwi i wsiadł do auta zauważył,że kierownica pokryta jest śladami krwi. Obejrzał ją dokładnie,po czym usiadł i włożył kluczyki do stacyjki. Silnik zawył i zakaszlał. Toyota Avensis stała w miejscu. Ben warknął.
- O nie. Teraz się ruszysz. DAWAJ!
Auto ruszyło powoli. Mayers wolał nie mieć wypadku,a w tym mieście było o to bardzo łatwo. Wycieraczki zdejmowały pruszynki śniegu z okna. W głowie dziennikarza tłukły sie nieprzyjemne myśli. Teraz zaczynał żałować,że opuścił rodzinny dom. Co mu tam przeszkadzało? Nic. A teraz odbierał za to nagrodę. W tym samym momencie we mgle zamajaczył kształt. Bena oblał zimny pot. Kształt przybrał postać. Makabryczną. W kierunku samochodu szedł,czy też pełzł obrzydliwy humanoid. Śluz lał się z jego ciała,głowę miał zamkniętą w klatce. Twarz zresztą też nie była urodziwa,bo była to twarz..Jego ojca. Ben wrzasnął i docisnął gaz. Auto błyskawicznie zmniejszyło dzielącą ich odległość i podskoczyło,gdy rozjeżdżało bestię. Mayers zahamował gwałtownie i otworzył drzwiczki. Musiał,po prostu musiał zobaczyć,czy mu się nie przywidziało,czy mu się zdawało. Zbliżył się do monstrum leżącego bez oznak życia i klęknął. Potwór miał ok. półtora metra długości i śmierdział. Po uderzeniu klatka wbiła się w twarz,masakrując ją do końca. Potwór bez ostrzeżenia szarpnął się i zdzielił Mayersa w głowę. Mężczyzna krzyknął,czując jak krew spływa mu z czoła. Wyszarpał pistolet z kieszeni i otworzył ogień,do momentu,aż skończyła się amunicja w magazynku. Bestia tylko drżała w konwulsjach na ziemi. Ben słyszał wręcz bicie własnego serca. Ręce drżały,gdy bestia zaczęła się podnosić,a rany przypalać same z siebie. Mayers zadygotał i schował się do auta,zatrzasnął drzwi. Nacisnął gaz i ruszył do przodu. Auto ślizgało się na śniegu,pruszynki utrudniały patrzenie na drogę. I był zakręt. Auto zaczęło się ślizgać. Ben robił co mógł,ale wóz odmówił posłuszeństwa. Wypadł z drogi,zaczął roztrącać ławki i parasole. Nastąpiło uderzenie i Ben uderzył głową w poduszki powietrzne. Spod maski zaczął unosić się dym. Dziennikarz wyskoczył z auta i rozejrzał się. Mgła pozwalała mu zobaczyć tylko drewniany pomost,zniszczone parasole,ławki i stoliki. Było też jezioro zamarznięte. Mayers zaczął mimowolnie przyglądać się zniszczeniom i westchnął. Przyłożył ramię do głowy i zaczął się rozglądać. Nagle przypomniał sobie,jak był mały. Na podobnym jeziorze utopiła się jego siostra.
- Pomooooocyyyyy!!
Ten krzyk zadziałał,jak jakis mechanizm. Ben wbiegł na jezioro,lód trzeszczał pod stopami. I zatrzymał się gwałtownie,gdy zrozumiał swój błąd. Mgła zasłoniła mu widok pomostu,i teraz był praktycznie odsłonięty. Wystawił się tym wszystkim potworom na tacy. Teraz nie pozostawało mu nic innego jak iść do przodu. Z każdym jego kolejnym krokiem lód skrzypiał pod nogami. Pistolet trzymał niepewnie w ręku,z jego ust wydostawała się para. Zatrzymał się przy dziurze w lodzie. Woda była barwy ciemnoniebieskiej,nie poruszała się. Poza tym Mayers nie zauważył nic interesującego. Odwrócił się i ruszył tam,skąd przyszedł. Wszystko to było chore i nienormalne. Potwory istniały tylko w opowieściach i bajkach. Szedł tą dziwną drogą po jeziorze,bał się. Pomijając tą paskudną mgłę,przeziębił się na pewno. Ech,życie okrutne. Trzasnął drzwiami,zostawił dzieci,żonę,rodzinę. Trzask drzwi jego auta,teraz rozbitego na brzegu,jazda przez góry,wzgórza...aż trafił tutaj.
- Do piekła... - rzekł cicho i westchnął.
I nagle to się znów stało. Choć nie było słychać nic,mrok nie nadszedł,jezioro zamieniło się w olbrzymią,metalową siatkę. Gdzieś ze środka zbiornika wodnego zaczął dobiegać huk. Siatka zerwała się. Ben zaczął biec,ile tylko sił w nogach. Serce biło jak szalone,mięśnie pracowały niczym jakaś maszyna. Zaśnieżony brzeg był już tylko parę metrów od niego. Mayers skoczył rozpaczliwie. Zamknął oczy w oczekiwaniu na morderczy pęd i czarną czeluść,lecz uderzył o ziemię. Śnieg padał jeszcze przez chwilę na jego nieruchome ciało, po czym dziennikarz podniósł się. Za nim w niebo wpatrywała się ciemna otchłań. Odetchnął z ulgą. Podszedł do Toyoty i stwierdził,że auto już nie ruszy w dalszą drogę. Nie pozostało mu nic innego,jak iść dalej na piechotę. Droga jak zawsze była uciążliwa. Szedł właśnie obok szpitala, gdy dokonał nowego odkrycia. A właściwie dwóch.
Droga była odcięta. W ziemi była olbrzymia wyrwa,niszcząca na pół budynki,ucinająca drogę. Przepaść była olbrzymia,a płatki śniegu ginęły w mgle zasłaniającej dół dziury.. Już miał się odwrócić i szukać innej drogi,aż nagle rozległo się trzeszczenie radia.
trzzzrzrzzzyyyySZYwwyyzrzrzszeyyyyyyyszyszyszSZYSZYSZSZ...
Usłyszał odgłos kroków i odwrócił się. W jego kierunku szła pielęgniarka. Ben ruszył do niej ze słowami.
- Pomoże mi pani?
Dostrzegł zakrwawiony nóż w ręku kobiety. Po cholerę on jej był potrzebny? I wtedy dostrzegł zabandażowaną twarz,zakrwawione ciało. Mayers z krzykiem cofnął się i zachwiał na krawędzi przepaści. Nie miał gdzie uciec. Potwór zamachnął się i zrobił krok do przodu. Ben wykorzystał to i usunął się na bok. Pielęgniarka zleciała z urwiska z okropnym krzykiem,który stawiał wszystkie włosy na głowie. Mayers patrzył się chwilę w otchłań i drżał na całym ciele. Nie wywoływał tego śnieg który ciągle padał z szarego nieba. To był strach,strach największy,jaki w życiu odczuwał. Cofał się powoli od krawędzi,aż w końcu się zatrzymał i przymknął oczy. "To tylko sen"pomyślał." Jego umysł mógł nie wytrzymać i złamać się,jeśli to już nie nastąpiło. Spojrzał na mur otaczający szpital i tabliczkę,która na murze wisiała-"Szpital Alchemilla." Wzrok przeniósł się na puste okna budynku i jego ponure ściany. Aż czuć było grozę wylewającą się przez drzwi. A może ktoś tam był? Może ktoś taki jak on? Albo zupełnie co innego. Coś takiego,jak to na ulicy. Gdy o tym pomyślał poczuł silną potrzebę odwrócenia się do przepaści.
Nie odwrócił się.
Nie chciał wejść do budynku. Bał się. Wyobraźnia podsuwała mu najgorsze wizje,najstraszliwsze monstra. Wszedł przez bramę. Bena podobnie jak wielu ludzi pociągał strach i ciekawość. Otworzył drzwi szpitala z upiornym skrzypieniem i zajrzał do pogrążonego w półmroku holu. Podłoga był drewniana,stały jakieś ławki i krzesła. Minął recepcję. Nie wołał nikogo. Kroki były jedynym odgłosem w budynku. Nie widział żadnych śladów obecności ludzi,wszystko co było przedtem wydawało się snem. Zdeptał ulotkę mówiącą o poszukiwaniach pracowników,minął w milczeniu kolejne drzwi.
Cisza.
Budynek musiał być ładny, przynajmniej takie tworzył wrażenie. Wziął toporek strażacki i teraz trzymał go w ręku. Jedne drzwi nie chciały się otworzyć.
- BEEEEENNN! JEZU,RATUJ MNIE!!! Be.....
Mayers odskoczył od drzwi. Głos należał do...dziewczynki?
Zaklął,gdy zerknął na ziemię. Ze szpary,pomiędzy drzwiami,a podłogą zaczęła wypływać krew. Rąbnął toporem w drewniane drzwi. Zza nich dobiegło ryczenie, krzyki. Odgłos odrywanej skóry. Ben przestał atakować drzwi i cofnął się. Drewno było mocno zniszczone,widać było przez dziury sąsiedni pokój. Mayers zbliżył się do otworu i zajrzał do środka. Pokój do którego nie był w stanie się dostać,był typowym pomieszczeniem szpitalnym. Było tam brudno i ciemno. Nigdzie nie dało się dostrzec osoby, która wołała o pomoc.
- Cholera...O co tu chodzi? - spytał cicho sam siebie i w tym momencie przed jego oczyma pojawiły się oczy innej osoby. Dziennikarz przewrócił się przerażony i upuścił topór. Dobiegł go szept dziewczynki.
- Proszę, niech mnie pan uwolni... błagam, boję się... - Już dobrze, dobrze. - Powiedział Mayers zbierając się z ziemi. Pchnął drzwi, ale te uparcie tkwiły w zawiasach. - Słuchaj, musisz się odsunąć od drzwi. Nie chcą się otworzyć. - Dobrze. - Usłyszał w odpowiedzi, a następnie do jego uszu dobiegł odgłos odsuwania się. Mężczyzna zamachnął się toporem i wyważył wreszcie drzwi. Wszedł do środka ostrożnym krokiem. W sekundę potem coś go złapało i mocno objęło. Dziewczynka. - O rany - westchnął i roześmiał się po raz pierwszy od dłuższego czasu. Spojrzał na dziecko, które właśnie wypłakiwało się w jego ubranie. Pogłaskał je po głowie i rzekł uspokajająco. - No już. Powiedz mi, jak masz na imię?
Dziewczynka puściła go i pociągnęła nosem. Miała czarne włosy, a ubrana była w coś w rodzaju mundurka.
- Alessa. - odpowiedziała i uśmiechnęła się do niego. Mayers podrapał się po głowie i spytał. - Ok. Ale co ty tu u diabła robisz tutaj sama? - Mama mnie tu przyprowadziła. Powiedziała, że jestem chora i muszę przejść operację. Potem było strasznie ciemno i wyła syrena. Kazali mi być cicho. Potem były... były szepty. - Dziewczynka znów zaczęła płakać.
Mężczyzna patrzył na nią przez chwilę i przyszło mu do głowy, że przecież to dziecko może coś wiedzieć.
- Słuchaj mnie teraz, bo to bardzo ważne. - Klęknął przy niej i położył rękę na ramieniu. - Mówiłaś, że byłaś tu z mamą. Gdzie ona jest? - Ogień ich pochłonął - powiedziała cicho - I będą pokutować wiecznie.
Mayers zmarszczył brwi.
- Co? Kogo pochłonął? - Był pożar... Ludzie znikali.... wszytko stało w ogniu...
Benjamin spoliczkował ją.
- Uspokój się! - widząc, że dziecko rozpłakało się jeszcze bardziej przytulił je znowu. - Wybacz. Po prostu strasznie się boję.
Dziewczynka zasnęła, a Mayers siedział obok niej. Zdążył już przeszukać pokój. Znalazł tylko notatki i wykresy. Nic więcej. Spojrzał na śpiącą spokojnie dziewczynkę i westchnął. Nie potrafił jej uchronić przed złem tego miasta. Przez okno zaczęło wpadać coraz mniej światła. Mayers schował głowę w ramionach i Poczuł jak łzy spływają mu po policzkach.
- Płaczesz?
Podniósł głowę szybko i rozejrzał się. Dziewczynka obudziła się i patrzyła na niego. Zwinęła się w kulkę i wyglądała,jakby miała też zaraz rozkleić się.
- Nie - Odparł spokojnie. - Nie płaczę. Po prostu... po prostu myślę nad tym wszystkim. Musimy znaleźć twoją mamę.
Podał jej rękę i pomógł wstać. Wyszli na korytarz,teraz pogrążony w półmroku. Ben zapalił latarkę i zaczął iść powoli. Dziecko jakby wyczuwając coś w powietrzu i atmosferze, nie odzywało się w ogóle. Pokazało jedynie palcem na schody i szepnęło:
- Tam.
Cisza,która ich otaczała była doskonała. Drewniana podłoga nie skrzypiała,za oknami widzieli spadające płatki śniegu. W końcu stanęli przed wejściem do sali operacyjnej. Mayers zbierał się chwilę,po czym wszedł do środka. Tak jak się spodziewał,było tu łóżko operacyjne,siedzenia. Mimo to bał się wejść na środek pokoju. Jakiś instynkt podpowiadał mu,ostrzegał go. Ale musiał się rozejrzeć.
- Alessa, poczekaj tutaj. - wyszeptał do dziewczynki i trzymając wysoko topór, wkroczył na środek pokoju.
Nic. I w tym samym niemal momencie rozległ się ryk i potężna siła przewróciła Bena do tyłu. Mężczyzna poczuł jak łamie mu się żebro i upadł na ziemię. Pod sufitem było zawieszone olbrzymie monstrum,przypominające pająka. Bestia nie miała nóg,więc nie mogła sie poruszać,a jedyną jej bronią były długie szczypce. Kolejny cios poszedł w kierunku dziennikarza,ten jednak przeturlał się w bok. Szybki zamach siekierą i jedne szczypce upadły na ziemię. Kolejny cios topora i kolejna fontanna czarnej krwi. Potwór wydawał się tym nie przejmować i dalej atakował Mayersa. Mężczyzna z okrutnym wysiłkiem wyskoczył i ciął pająka po pysku. Bestia znieruchomiała i zawisła bezwładnie. Ben odwrócił się i zerknął w kierunku małej. Dziewczynka patrzyła się przerażona na bestię. Podszedł do niej i powiedział:
- Tu nic nie ma.
Wyszli z pomieszczenia. Przeszukiwali cały szpital i nie znaleźli żywej duszy. I w tym momencie to się znów stało. Zewsząd dobiegł ich dźwięk syren. Ściany zaczęły gnić,zaczęło się ściemniać. Podłoga zamieniła się w kratę,pod nią była olbrzymia,czarna otchłań. Krzesła zmieniły się w urządzenia do tortur. I nagle wszystko ucichło znowu. Światło z latarki padało na kraty.
- Pieprzę... Znowu to się stało... Alessa! Alessa?! - zawołał Ben. Zaczął biec upiornym korytarzem,nie myślał o tym co się może stać,gdy krata puści. I nagle zobaczył ją. Leżała na ziemi a nad nią stała pielęgniarka ze skalpelem. Już miała uderzyć, już skalpel opadał, gdy...
- Zostaw ją suko! - ryknął ben i zamachnął się toporem. Broń zaświszczała w powietrzu i wbiła się w głowę potwora. Gdy ciało przewróciło się, Mayers podbiegł do dziecka i klęknął przy nim. Jęknął głucho. Dziewczynka była potwornie oparzona,właściwie umierała. Łzy znów spłynęły po niegolonej od dwóch dni brodzie mężczyzny.
- Alessa? - szepnął cicho.
Dziecko otworzyło oczy i westchnęło. Krwawe łzy popłynęły jej z oczu. Chciała coś powiedzieć, ale nie była w stanie.
- Proszę, nie odchodź... błagam, zostań... - szeptał Ben trzymając główkę. - Ra...ra...tuj...bła... - dziewczynka wysapała i spuściła bezwładnie głowę.
Ben wstrzymał oddech i patrzył na dziecko. Dziecko nie otworzyło już oczu. Mayers położył dziewczynkę na ziemi i milczał. Podniósł zalane łzami oczy i powiedział sam do siebie.
- Czemu? Czemu wyjechałem? Źle mi było? Nie. Nie, nie, nie. Wynoszę sie stąd.
Wstał i podszedł do zwłok monstrum,wyjął zakrwawiony topór strażacki i ruszył w kierunku wyjścia. O ile jeszcze tam było. Ciemność pod kratami wpatrywała się w człowieka idącego tuż nad nią. Wystarczyła chwila nieuwagi,jedna maleńka dziura w "podłodze" i miasto miało by kolejną ofiarnę. Ale tak się nie stało. Dziennikarz stanął na platformie,przy której była drabina w dół,do ciemności. Ben wahał się,ale tylko chwilę. Gdy opuszczał się w mrok,jego głowę zaprzątały różne myśli. Najwięcej skupiało sie wokół latarki. Teraz,ze zwykłego urządzenia,latarka stała się jego jedynym przyjacielem i bronią,przeciw miastu. W końcu stopy znalazły oparcie na ziemi. Mężczyzna rozejrzał się,powstrzymując wymioty,na widok rozszarpanego psa leżącego opodal. Ruszył przed siebie. Nie wiedział ile czasu błądził wśród korytarzy. Nie myślał o tym. Nie zauważył nawet,kiedy wyszedł na ulicę pokrytą śniegiem. Że znowu znajdował się we mgle. Nie. Nie,nie,nie. Nic go nie interesowało. Usiadł na ławce i zaczął rozmyślać. "nic nie dzieje się przez przypadek...nic. Co ja tu robię?"
- Hej.
Ben zerwał się na równe nogi, ale okazało się, że to tylko jakiś mężczyzna. Mayers uspokoił się trochę i spytał.
- Co tu robisz? - Ja? To co ty. Mieszkam tu. A co? - Nie, nie mieszkam tu. Przyjechałem... Dałeś sobie jakoś radę? - Radę? Z czym? - mężczyzna wyglądał na zdziwionego. - Zakupy już zaniosłem - zażartował. - Z POTWORAMI! - krzyknął wściekły dziennikarz, ale zaraz ucichł. Miał wrażenie,że mgła pochłonęła jego krzyk. - Stary, naoglądałeś się kreskówek za dużo? Jak masz na imię? - Ben Mayers. A ty? - Nicholas. Po prostu Nicholas. Jestem sierotą, więc sram na nazwiska. - Ammm, wybacz. Nie chciałem... - Nie martw się. Wszyscy ludzie myślą, że jak kogoś stracisz, a oni o tym przypomną to wielka tragedia. Trudno, bywa. Los tak chciał. Było mi smutno, ale teraz już...wybacz, mam tendencję do rozgadywania się. A ty czegoś szukasz? - Raczej kogoś... Diane Kingstone, znasz? - Pytanie. Najładniejsza dziewczyna jaką znałem. I mądra. A co? - Porwali ją.
Nicholas zdenerwował się.
- Co?! Po jakie licho? Przecież ona... - Spokojnie. Nic tu nie zdziałamy krzykiem. Znasz jakieś miejsce, gdzie chętnie przebywała? - Hmmm - chłopak zamyślił się. - Straż pożarna? Jej ojciec tam pracował. - Dzięki. - powiedział Ben i ruszył w drogę. - Hej! A wiesz gdzie to jest? Pójdę z tobą.
Tak więc poszli.
Z mgły budynek straży wyłonił się po godzinie wędrówki. Było on trzypiętrowy, stały przed nim dwa wozy strażackie, jedno miejsce było puste. Mayers podszedł do drzwi i zatrzymał się jak wryty. Była na nich kartka. Do niego.
Ben.... opuściłeś swój dom, tak jak ten wóz swoją remizę...żegnaj..
- O co w tym chodzi? - spytał Nicholas. - Ja...nie wiem. Skąd.. a zresztą. Nieważne. Wchodzimy.
Drzwi otworzyły się bezgłośnie. Mężczyźnie wkroczyli do środka budynku. Jak zwykle był półmrok, korytarze wyglądały na opuszczone w pośpiechu. Szli przed siebie. Mijali recepcję, gdy do uszu Bena dobiegł szept.
- Ben... Boże święty, co to jest?
Mayers odwrócił się i spojrzał w miejsce wskazywane przez Nicholasa. I krzyknął. Z sufitu wystawały ręce.
- Co tu się dzieje? Ben?! - Nie mam pojęcia nie pytaj mnie. - Ale...dla - Zamknij się. Chciałeś ze mną iść, to chodź.
Zaczęła się wspinaczka po schodach. Z każdym krokiem w górę coraz bardziej zmieniał się budynek. Ściany były obskurne, całość przypominała drugi świat. Ale tego co spotkali na końcu, nie mogli przewidzieć.
W straży pożarnej znajdowało się olbrzymie pomieszczenie, z trzema ścianami. Sklepienie podpierały trzy kolumny, z sufitu zwisały klatki. Pośrodku pokoju leżała Diane. Jej złote włosy były pokryte krwią.
- Diane! - krzyknął Ben i zaczął biec w kierunku kobiety. - Ha! Mam cię! - usłyszał czyjś krzyk i spojrzał w kąt sali. Stał tam mężczyzna o krótko strzyżonych włosach w kolorze popiołu. Twarzy nie sposób było dostrzec.
Mayers przyklęknął przy Diane i wtedy to się stało. Potworny, okrutny ból w głowie. Głosy, krzyki. Stęknął i przewrócił się, trzymając za głowę.
- Jezuuuu!
Nagle ból ustał pozwalając Mayersowi otworzyć oczy. Był w pokoju bez klamek. Ze ścian usłyszał głos swojej żony.
- I warto było Ben? Opuszczać mnie, zdradzać?
Nagle przestał cokolwiek widzieć. Coś założono mu na głowę.
- To nie będzie śmierć. To byłoby za łatwe. Będziesz sądził innych, a sam już nigdy nie ujrzysz kobiety. Niczego nie zobaczysz.
Piekła go skóra. Pomacał głowę - ktoś założył mu stalowy konklusz.
- Żegnaj Benjaminie. Już się nie zobaczymy. - NIE! - Wrzasnął Ben, ale dla niego było już za późno. - Oh, co do kobiety - ona obudzi się. A potem cię ukarze.
EPILOG
Diane obudziła się i rozejrzała. Leżała w jakimś obskurnym pomieszczeniu. To miejsce przyprawiało ją o zawrót głowy. Podniosła się chwiejnie. Pogrzebała chwilę w torebce i wyciągnęła małego Glocka. Uśmiechnęła się krzywo. Miała dość amunicji - Ot na jakiegoś zboczeńca. No właśnie. Usłyszała odgłos tarcia metalu o metal. Sapanie. Odwróciła głowę i wrzasnęła.
Bardzo blisko niej stała makabryczna postać ze stalową piramidą na głowie. Kobieta wrzasnęła i zaczęła strzelać do Bena. Albo czegoś czym teraz Ben był.
Potwór stęczał, ale parł naprzód. Wyciągnął przed siebie ręce.
- WON! - wrzasnęła dziewczyna, nie przerywając ognia.
"Piramdogłowy" jęknął i zawrócił. Z jego wysokiego ciała lała się krew.
Kingstone chwilę sterczała, po czym zemdlała. Dopiero później, jak już miasto wróciło do normy, Nicholas ją obudził.
|
|